skeleton

Wyklęty powstań ludu sieci

Wszyscy byli Tysięcznikami – urodzonymi na początku wieku, wychowanymi przed komputerami, pracującymi bez etatu. Choroby cywilizacyjne zmieniły ich masowo w inwalidów. Sieroty po nowym wieku były z każdym rokiem coraz droższe w utrzymaniu.

I. Klnij na nadchodzącą noc

W takich chwilach Marcin wspominał ojca i nienawidził go jeszcze bardziej. Gardził nim i czuł obrzydzenie tak straszne, jak to zwykle bywa, kiedy dziecko odkrywa, że rodzic miał rację. Stary pan Mikulski przepowiedział to wszystko długo przed śmiercią, chyba ze trzydzieści lat temu. Dziwaczny, staromodny mędrzec nie rozumiał nowoczesnego świata, z trudem używał neurosieci, był nieufny wobec złącz bezpośrednich i do końca życia zdarzało mu się prosić syna o pomoc przy komputerach. Ale stary Mikulski znał się na ludziach i wiedział, że jego syn skończy marnie.

Kurwa – powiedział w końcu Marcin i łyknął pseudopiwa.

Odpowiedziały mu toasty trzech towarzyszy. Oczywiście, nikt z nich nie pił prawdziwego alkoholu. Aneta była uczulona praktycznie na wszystko w tanich trunkach, a na drogie nie miała pieniędzy. Witold nie miał pieniędzy nawet na te tanie, a wciąż był zbyt dumny, żeby zapożyczać się u jedynych ludzi, którzy pełnili w jego smutnym życiu funkcję przyjaciół. Marcin i Pawlak cierpieli na skrajne nadciśnienie, a Marcin dodatkowo musiał już oszczędzać nerki. Tani napój na motywach chmielu wyglądał jak piwo i smakował tak samo źle, więc znosili swój los z godnością. Godność była dla całej czwórki pojęciem najważniejszym, bo nie stać ich było na zachowanie czegokolwiek innego.

Co z dializami? Ponoć fundusz mógłby ci dać na prawdziwe zabiegi, tak raz na miesiąc – zapytała Aneta. Marcin skrzywił się.

Nie da rady. Brałem zasiłek do marca, pracowałem z urzędu tylko trzy tygodnie. Te chuje nawet nie odprowadziły składek, bo nie było pełnego miesiąca – tłumaczył Mikulski, próbując podtrzymać groźny, pewny siebie i cyniczny tembr głosu. W rzeczywistości niemal płakał. – Jak tak dalej pójdzie, to dadzą mi keworkiankę.

Przesadzał, ale nie tak bardzo. Uzyskanie zasiłku dla osób chorych przewlekle było znacznie łatwiejsze, gdy podpisywało się oświadczenie woli. Gdyby Marcin obiecał urzędowi pomocy społecznej, że w ciągu trzech lat podda się eutanazji, mógłby być leczony z funduszu celowego, ba – dostać nawet pakiet na dentystę. Ale po trzech latach taki cyrograf wciąż by obowiązywał. Jeszcze do niedawna zasiłek Keworkiana obejmował pięć lat, ale zmienili ustawę, skracając umowy nawet już pobierającym świadczenia.

A ten kumpel twojego ojca? Żadnej pracy nie da? – dopytywał Witold.

Ze składkami? Zapomnij! – prychnął Marcin i dopił piwopodobny płyn.

Poczuł nagle ścisk dłoni. Aneta chwyciła jego rękę i trzymała kurczowo w jednym z tych niezliczonych napadów strachu. Kobieta dobiegała pięćdziesiątki, wyglądała na sześćdziesiąt, ale jej błyszczące oczy przypominały spojrzenie wystraszonej dziewczynki. Marcin czuł ulgę, że nie widzi swojej twarzy.

Ja… ja długo nie wytrzymam – powiedziała, wbijając spojrzenie w szklankę. – Nie jutro, nie w tym miesiącu, ale kiedyś podpiszę…

Byle wytrwać – powiedział Witold. – Zabiegi podobno tanieją.

Byle wytrwać – potwierdził Pawlak, kładąc dłoń na ramieniu Anety.

Nikt z nich nie wierzył, że się uda, co najwyżej, że będzie się udawało jakiś czas. Ale przecież na tym polega życie, jak mawiał Witold. Każdy musi umrzeć, jedni prędzej, inni znacznie później. Co jednak czwórkę z jadłodajni socjalnej na Smoczej nastawiało wyjątkowo pesymistycznie, to bardzo przewidywalny rozkład tej loterii.

Wszyscy byli Tysięcznikami – urodzonymi na początku wieku, wychowanymi przed komputerami, studiującymi aż do wiekowego limitu przywilejów studenckich, pracującymi bez etatu, w wolnym czasie grającymi bez opamiętania na konsoli. Nie byli pierwszym pokoleniem, u którego wady postawy, powikłania cukrzycowe i choroby krążenia zebrały śmiertelne żniwo, ale to ich choroby cywilizacyjne zmieniły masowo w inwalidów. Inwalidów de facto, ale nie de iure, bo przecież żaden rząd nie mógłby przyznać przywilejów socjalnych liczonej w procentach grupie, która w dodatku przez lata kopała pod sobą ten dół. Żadne świadczenia, programy pomocowe czy kreatywne sztuczki funduszy zdrowia nie mogły zasypać głębokich dziur. Sieroty po nowym wieku były z każdym rokiem coraz droższe w utrzymaniu, co uczciwie pracujący obywatele oraz urzędnicy wypominali im coraz głośniej. Kto nie chciał brać pigułki na wszystkie problemy, nie brał. Ale po kilku miesiącach życia w ośrodku społecznym – diety z koktajli białkowych oraz mortadeli, tonięcia w pocie i kale na niezmienianej pościeli, oddechów dwudziestoosobowej sali – podobno każdy brał keworkiankę. Oni jeszcze nie musieli. Aneta i Witold złapali jakieś pokoje w lokalach społecznych, Marcin miał mieszkanie po rodzicach, w którym wynajmował drugi pokój (trzem osobom, w tym Pawlakowi). Utrzymywali się na powierzchni tylko dzięki splotom przypadków, uśmiechom szczerbatego losu.

Wpięcie! – niemal krzyknął Witold. Bywalcy okolicznych stolików spojrzeli na niego (nie wszyscy, może osiem osób), po czym wrócili do jedzenia sztucznych kotletów. Ale reszta załogi słuchała. – Pomyślcie! I tak płacimy za neurołącza, a co by było, gdybyśmy na stałe…

Jak to: na stałe? – zapytał Pawlak. Ale sam chyba pojął geniusz przyjaciela. – Myślisz, że zepną nas jak te kaleki po wypadku w Szwajcarii? Sam mózg w słoju?

Ale to musi być drogie… – zauważyła Aneta.

My jesteśmy drodzy! – powiedział z mocą Witold. – Nasze szmelcowate ciała kosztują coraz więcej. Fakt, jeśli dobrze rozumiem technologię tej procedury, to sam zbiornik dla mózgu kosztuje krocie. Ale czy to i tak nie wychodzi taniej niż nasze roczne leczenie?

Co z tego, jeśli musimy… Nie, nie musimy!

Właśnie! Zero mięsa, żadnych bypasów, dializ, protez. Tylko mózg, analog płynu rdzeniowego i lodówka do schładzania układu.

Dalsza cześć rozmowy nie była już właściwie rozmową. Wpięli się do wyszukiwania, wymieniając informacje szeptunami, czasem tylko na głos. O dwudziestej wyrzuciła ich obsługa, bo lokal musiał zarabiać na klientach komercyjnych, ale zdążyli znaleźć wszystko, co było im potrzebne. Poszli więc do Marcina, dzwonić po potencjalnych wybawcach.

Koncern miał siedzibę gdzieś w Georgii, więc pora wciąż była odpowiednia. Rozmowę prowadził gospodarz, jako znający nie tylko netglish, ale i trochę klasycznego angielskiego. Odsyłano ich z działu do działu przez kilka godzin, ale niewiele zamków może wytrzymać oblężenie ludzi, którzy mają przekonanie o własnej słuszności i nic lepszego do roboty. Wreszcie ktoś obiecał im rozwiązanie. Nie w Stanach, ale na miejscu, w Warszawie. CP miało tu sporą placówkę, w której robiło nawet kopie pamięci i prowadziło terapię rekonstrukcji nerwów. Odpowiednich słojów wprawdzie jeszcze nie mieli, ale zabójczo uprzejmy Amerykanin zapewnił ich, że kwestie techniczne są drugorzędne.

Nothing is imposiible – powiedział i odesłał ich do sekretariatu.

Udało się? – zapytała Aneta.

Nie wiem, to się okaże – odparł Marcin. – Ale chyba… Boże, rozumiecie? Wolność! Nie wiem, ile wytrzymamy w słojach, ale na pewno dłużej niż…

Nie żal wam? – zapytał nagle Pawlak.

Czego? Ciała? Stary, jakbym miał kasę, to bym jeszcze zapłacił za trzymanie w spięciu – odparł Witold. – Pewnie nie ma drogi odwrotu, ale dla nas właściwie na jedno wychodzi…

Marcin odesłał Witolda do domu, Pawlaka do pokoju obok. A potem przekonał Anetę, aby została. Przyjaciółka nie pociągała go w ten sposób już od dawna, ale tym razem przekonał swój mózg, że jest inaczej.

Wiesz, że to już niedługo się skończy? – powiedział, kładąc ją na piankowym materacu.

To chyba lepiej – odpowiedziała. – Proszę, włącz filtry areala.

Chciał, aby ta noc była naturalna, szczera, bezpośrednia, ale w końcu uległ. Widział więc Anetę przez filtry wzmocnionej rzeczywistości. Nie taką, jaka była, ale jaka być powinna. Kiedy skończyli, oboje czuli ulgę. Ciała były męczące i pozbycie się ich dawało nadzieję na lepsze życie.

Zajebiście, tato!, myślał Marcin, usypiając. Miałeś rację jak stąd do Radomia. Nieżywy pan Mikulski patrzył na syna z wyrzutem. Może nawet nie chciał, ale inaczej trudno było oglądać Marcina. Zwłaszcza nad ranem, kiedy wstał, poszedł do ciasnej łazienki, zwymiotował i wstrzyknął sobie surowicę dializową. Aneta nie obudziła się, a może udała, że nic nie widzi. Jej też zdarzało się brać rano surowicę.

Mikulski obserwował świat ze swojego mikrobalkonu, na którym nawet pojedynczemu palaczowi było ciasno. Ostatnie piętro dogasającego bloku z Wielkiej Płyty nie zapewniało wiele (zwłaszcza ogrzewania zimą), ale widok stamtąd był zacny. Wawrzyszewska szarość o tej porze stawała się niemal ładna. To już ostatnie momenty, myślał Marcin. Potem cała sieć będzie moim domem!

Dwa tygodnie później zebrali się razem w Milanówku. Siedziba CP na przedmieściach Warszawy nie była okazała, ale posiadała dobry komponent medyczny. Idący z trudem, zmęczeni spacerem z dworca pacjenci patrzyli z zazdrością na innych podopiecznych firmy. Ofiary wypadków czy starcy (prawdziwi, setka i więcej) po kuracjach pamięciowych wyglądali lepiej od tych czterech zgarbionych intruzów. Dwa światy spotkały się w przelocie, oba niezadowolone z kontaktu. Marcin unikał spojrzeń i przyjaciół, i innych pacjentów, i personelu. Szedł po prostu za sanitariuszem, po czym zmusił umysł do przyswojenia umowy. Wynajęty na kwadrans prawnik cywilny wysoko ocenił kontrakt, szczerze zauważając, iż CP wyświadcza grupie inwalidów prawdziwą przysługę.

Oni was leczą. A to znaczy, że nie mogą was odciąć bez postępowania kryminalnego. To dobrze. Ale sprzętu nie wymienią, jeśli na to nie zarobicie.

Zarobimy – zapewniła Aneta. – Teraz wszystko się zmieni.

Czwórka przyjaciół trafiła do komór krionicznych, a potem ich czaszki zostały rozłupane. Operatorzy pilnowali, by sprawne roboty delikatnie usunęły mózgi i tyle z rdzenia przedłużonego, ile było konieczne do przypięcia portu komunikacyjnego. Nim ich biologiczne ciała obumarły (niestety, na organy można było sprzedać tylko kości, trochę komórek macierzystych ze szpiku oraz mięśnie gładkie dla salonów kosmetycznych; reszta była zbyt zużyta), mózgi umieszczono w przystosowanym do nowej roli zbiorniku chłodniczym. Ale Marcin nie czuł tego wszystkiego. Ostatnie impulsy, które jego mózg zarejestrował w naturalny sposób, dotyczyły zimna. W słoju nie patrzył, nie czuł, nie dotykał, tylko odbierał dane. Obudził się w czymś, co okazało się stroną startową interfejsu czuciowego dla rehabilitowanych sportowców i poczuł się – zapewne po raz pierwszy w życiu – szczęśliwy.

II. Tej siły już nie powstrzymacie

Na początku było tak dobrze, że z trudem zauważyli, kiedy zrobiło się źle. W sieci inaczej liczyli lata, bo byty odbierające wiecznie żywy i głośny świat cyfrowy wyzwalają się z tyranii nocy, dni, a nawet godzin i minut. Żyli sekundami, niezliczonym ich mnóstwem. Co niesamowite, okazało się, że i tak brakuje im czasu.

Mózg odżywiany w słoju był w pełni aktywny dwadzieścia, czasem i dwadzieścia dwie godziny na dobę. Przez pozostały czas zapadał w odżywczą drzemkę, która nie oznaczała zaniku aktywności śniącego, tylko jej spowolnienie. A potem znów – działali, pobierali informacje, produkowali kontent. Żyli jak nigdy za życia.

Mieli pieniądze, z początku tak znaczne, że nie wiedzieli, co z nimi robić. Roczne utrzymanie słoja (pływali w jednym zbiorniku, razem z szesnastoma, a potem dwudziestoma sześcioma innymi), licząc zasilanie, konserwacje sprzętu i dostarczanie żywności, kosztowało około tysiąca euro (wedle kursu z pięćdziesiątego drugiego). Zdobycie tej sumy nie nastręczało Wielkiej Czwórce trudności. Grali i obstawiali siebie nawzajem właściwie w każdej dużej grze sieciowej. Dzięki bezpośredniemu podłączeniu do sieci byli szybsi, lepiej reagowali, a przede wszystkim: nie męczyli się jak tradycyjni gracze. Ciało, tyle zbędnych mięśni, organów, worków wody i tłuszczu, było jedynie zawadą. Spójrzcie na siebie…, do znudzenia potarzała ludzkim rywalom Aneta. Żałosne stwory z mięsa i kości. Dyszące potem pośród mych włości. Jakże wyzwiecie, drobne kruszyny, piękno i siłę wiecznej maszyny?

No, SHODAN to ty nie jesteś – zauważał niemal zawsze Marcin. – Wciąż zależymy od tych, co karmią i zasilają słoje.

Nikt nie jest doskonały, ale staramy się – odpowiadała.

Starali się też ludzie. Do siedemdziesiątego zaszło sporo zmian. Historia Anety, Marcina, Pawlaka i Witolda stała się krótkotrwałą, ale istotną sensacją. Kilka tysięcy Tysięczników, tak jak oni schorowanych i zadłużonych, podążyło podobną drogą. Zachęcała ich do tego pani premier, minister zdrowia, a nawet co bardziej postępowi księża, którzy liczyli koszty utrzymania katolickich przytułków po likwidacji funduszu kościelnego. CP nie zostało znacjonalizowane, ale państwo przejęło nadzór kuratorski nad słojami dzięki kontraktowi między firmą a Funduszem Zdrowia. Rozwój biosyntezy, choć nie spowodował znacznego obniżenia kosztów utrzymania mózgu, utrzymał cenę pożywek na rozsądnym poziomie. Pojawiające się masowo nowe interfejsy podpięcia przerażały Wielką Czwórkę.

Oni są tak szybcy jak my… – pewnego nie-dnia stwierdził Witold.

Bzdury – odparł Marcin. – Jesteśmy podłączeni w optymalny sposób. Nigdy nie będą szybsi od nas.

Ale będą tacy jak my. To też problem. Kiedy wygrałeś ostatni turniej Blinka?

Wczoraj.

A taki, żeby coś zarobić? Bracie, nie jest dobrze. Oni są lepsi. Może tylko niektórzy, ale jeśli z miliarda mięsnych rywalizuje z nami promil promila, to i tak mamy przesrane. Jak któryś z mięsnych znudzi się graniem, to może pójść zrobić coś białkowego. A my… no, raczej wyboru nie mamy.

Nie panikuj. Masz na koncie kilka tysięcy, starczy na rachunki. Po prostu oszczędzaj i myśl, jak się przebranżowić – odparł spokojnym tonem Marcin. W świecie cyfr zawsze brzmiał spokojnie, nie potrafił inaczej. A jednak Mikulski się bał.

Dopiero po kilkunastu latach cyfrowego wyzwolenia poczuł potrzebę kontaktu z kimkolwiek innym prócz Anety, Witolda i Pawlaka. Nawet sąsiadów ze słoja CP kojarzył tylko z nazwisk oraz ideków. Pamiętał też, że kilka razy pożyczał im pieniądze i udzielał rad potrzebnych nowo wrzuconym do zbiorników. Ale Kadmar, Pionkowska, Jaśko czy inni zlewali się w świadomości Miklulskiego z anonimowym tłumem użytkowników sieci. A przecież nie musiało tak być.

Spotkajmy się – polecił pewnego (umownego) dnia w siedemdziesiątym pierwszym.

Co proszę? – odpowiedział Witold, ale zdumieni byli wszyscy. Transmisja Mikulskiego trafiła do wszystkich dwudziestu dziewięciu lokatorów słoja alfa.

Musimy porozmawiać. Wszyscy. Mamy wspólny problem.

Pewnie tak – od razu odpowiedziała Pionkowska. – Ale co nam da taka dziwaczna konferencja?

Marcinowi udało się wyrzucić ich z gier, serwerów komunikacyjnych i symulacji zmysłowych. Nie przyszło to łatwo, ale pewnie pomogła ciekawość słojowych. Stworzyli jedno lobby czatu i na żądanie Marcina przybrali robocze ikony, nawiązujące do ich fizycznej przeszłości. Była to prośba tak nieuprzejma, że aż trudna do odrzucenia.

Siostry, bracia…

Ktoś ci dolał kwasu do odżywki? – zapytał uprzejmie Kadmar.

Daj spokój, to ważna sprawa. Załogo, mamy problem. Musimy pomyśleć o przyszłości.

Jesteś nudny – zauważyła Pionkowska, ale słuchała uważnie.

Pamiętajcie, że przenieśliśmy się do słoja nie dla hecy, ale z konieczności. Z ewolucyjnego punktu widzenia zostaliśmy wyeliminowani ze środowiska, straciliśmy jedną niszę ekologiczną, a przejście w stan pełnego wpięcia było ucieczką do innej niszy. Wtedy to rozwiązanie wydawało się idealne, bo eliminowało wszystkie problemy zdrowotne i finansowe. Było idealne, ale na tamten moment. Dziś musimy na nowo przeanalizować zagrożenia i szanse.

Specjalnie mówisz jak Joda albo jakiś polityk? – zapytała Aneta.

Tak! Tak! Tego nam trzeba! Reprezentacji! – Marcin poczuł przypływ emocji i energii, choć cyfrowy głos z trudem przekazywał wykrzykniki. – Ilu nas jest? W słojach, w lodówkach? W samej Polsce kilkadziesiąt tysięcy. To siła, z którą trzeba się liczyć.

Chcesz założyć Partię Słoików? – rzucił Witold bezosobowym głosem podszytym intencją ironii.

A dlaczego nie? Musimy dbać o własne interesy, chronić się przed jakąś katastrofą. I trzymać ręce na pulsie. Pamiętajcie, że pełny transfer osobowości do sieci to sprawa dekady lub dwóch. Musimy być w pierwszym szeregu rewolucji…

Ty tak serio?

Serio! Musimy się zorganizować. Walczyć o prawa naszych w innych słojach.

Hola, jakich naszych? – zapytał Kadmar. – Jak surfuję po sieci, to nie rozróżniam, kto jest mięsny, a kto ze słoja. Nie ma żadnej wspólnoty, skoro przez dziesięć lat pływania kilkanaście centymetrów obok siebie rozmawialiśmy może dwadzieścia razy.

I to trzeba zmienić! Stworzyć naszą grupę. Jesteśmy prześladowaną mniejszością – odpowiedziała mu cisza. – Możemy być prześladowaną mniejszością. Na przykład: czy wiecie, że nie mamy prawdziwych praw obywatelskich?

No i?

Czy ktoś z was próbował przez ostatnie lata głosować? Ja próbowałem, nie pozwolili. Najpierw odsyłali przez różne formalności, a w końcu powiedzieli wprost. Nas oficjalnie nie ma. Z punktu widzenia prawa jesteśmy pacjentami w stanie wegetatywnym, jakbyśmy zapadli w śpiączkę. Klasyfikują nas jako oczekujących na transfer na matryce cyfrowe. Nie uważają nas za osoby, tylko potencjalnych ludzi.

Nie widzisz w tym pewnych przeszkód przy zakładaniu partii? – zapytał Witold.

Właśnie! Nie możemy pozwolić, żeby decydowano za nas! Zbierzmy innych słoikowych i…

I co? Marcin, to mi się nawet podoba, ale musimy wiedzieć, na co się porywamy, co sobą reprezentujemy – zauważył Witold. – W zdecydowanej większości nie mamy rodzin, a w każdym razie: rodzin, z którymi utrzymujemy relacje. Mamy trochę pieniędzy z życia sieciowego, co starcza nam na utrzymanie słojów, ale z punktu widzenia mięsnych to są grosze. Nie jesteśmy pożądanymi specjalistami, bo lepiej od nas liczą sieci asocjacyjne, a zwykli białkowi połączeni bezpośrednio grają równie dobrze. Jak na naszym istnieniu korzysta społeczeństwo?

No, państwu jest taniej utrzymywać nas w słojach.

A jeszcze taniej byłoby im nas odłączyć od prądu, a potem wyrzucić na śmietnik. Poważnie pytam.

A nie boicie się tego?

Czego?

Że kiedyś nas odłączą.

Boimy. Tylko nie mamy pojęcia, co z tym zrobić.

Właśnie o to mi chodzi. Zbierzemy innych słojowych…

Zebrali. Z trudem, tylko kilka tysięcy, ale pierwszy kongres Partii Słoików odbył się w pokoju czatowym o nazwie b3124jkg–II. O oprawę graficzną zadbał Pawlak, dekorując kanał socrealistycznymi malowidłami i puszczając w tle Międzynarodówkę. Nikt nie wiedział, czy to na poważnie, czy tak hipstersko, z przekąsem. Tysiącowi piętnastu podłączonym musiało się jednak spodobać, bo zostali, mimo że równolegle odbywały się europejskie eliminacje do Ligi Światowej Blinka.

Siostry i bracia w sieci! – zaczął i od razu zobaczył pięćdziesiąt ikonek raportu za mowę nienawiści. Nie uwzględnił osób transpłciowych, bezpłciowych i cyberpłciowych. – To nie jest śmieszne! Słuchajcie mnie!

Przez chwilę słuchali. Potem zaczęli mówić, więc przemowa się skończyła. Wszyscy byli sobie równi, zajmowali ledwie cztery litry w jakimś zbiorniku, dlatego Marcin nie mógł na nikim wywrzeć władzy. Dopiero po pięciu godzinach pseudoczasu sieci zapanował względny spokój. I zaczęli się nawzajem słuchać. Mówił Mark Filon, mózg z Australii, mądrze, poważnie i dostojnie, co podkreślało czterysta dwadzieścia milisekund pingu.

Dziękuję bratu Mikulskiemu za zebranie nas tutaj. To kluczowe, byśmy dzisiaj krzyknęli jednym głosem. Nasza egzystencja nie jest prosta, stanowi sumę wyzwań wobec współczesnego człowieka, dlatego musimy przekonać innych, tych wciąż żyjących w ciałach, że jesteśmy podmiotami, a nie przedmiotami dyskusji. Zmusimy ludzi, aby traktowali nas nie jak medyczny odpad czy potencjalną istotę, ale posiadającą prawa osobę. Musimy wstrząsnąć sumieniami ludzkości i…

Nie dowiedzieli się, co miało nastąpić potem. Równo o północy czasu AEST skończył się kontrakt pomiędzy Medico-San a rodziną pacjenta Marka Filona. Internet był opłacony jeszcze przez tydzień, dlatego łącze działało, kiedy padła już chłodziarka i infuzor pożywki. Nie słyszeli jego krzyków, przecież w słoikach krzyczy się niemo, ale każdy z delegatów partii wyobrażał sobie, jak dusi się mózg Marka. Australijczyk zapewne nie czuł bólu, bo i nie miał czym. Ale wiedział, rozumiał do ostatniej chwili. Czytali o tym procesie na tyle dużo, aby nie szukać rozwiązania. Nie istniało.

III. Prawo do mojej lodówki

Od śmierci Filona Mikulski bacznie obserwował swoje otoczenie – to prawdziwe, wokół słoja. Nie było to proste, bo obsługa kliniki szybko zamknęła wewnętrzne kamery przed pacjentami. Marcin musiał radzić sobie z pomocą sieci miejskiej (tak leniwie zabezpieczonej, że niewymagającej hakowania) oraz tych rzadkich chwil, kiedy Pawlaka odwiedzała rodzina. Wizyty stawały się jednak coraz rzadsze, a technik medyczny Mariański coraz częściej zasłaniał firanki.

Klinika Krioniki i Neurotechnologii przeszła z rąk CP do półprywatnego konsorcjum finansowanego przez Fundusz. Ludzie pozostali ci sami, sprzęt ten sam, przybyło tylko pacjentów. W pomieszczeniu magazynowym (zwykłym składziku z oknem na podwórko) umieszczano kolejne słoje, aż niemal całą powierzchnię pokoju zajęły połączone kablami cylindry. Marcin kilkukrotnie wysyłał zdjęcia tego miejsca mediom, ale cierpienie ludzi w lodówkach nie było tak atrakcyjne, jak choćby cierpienia afrykańskich dzieci – zbyt dalekich, aby można im było pomóc.

Kiedy porozmawiam z dyrektorem? – pytał po raz kolejny Marcin.

Kiedy dyrektor sobie tego zażyczy – odpowiadał spokojnie Mariański.

Żądam…

Wtedy zwykle technik wychodził. Pracował w klinice już pięć lat, dlatego umiał ignorować słojowych, a nawet wyłączać im fonię bez widocznych wyrzutów sumienia. Był dobrym i sumiennym pracownikiem, co Mikulski przyznawał z przerażeniem. Nie traktował pacjentów jak istoty żywe, ale znał swoje rzemiosło. Sprawnie zmieniał odżywkę, regulował moc chłodziarek i pilnował ogólnego stanu magazynu.

Kiedy przeniesiono ich z zabezpieczonego wewnętrzną siecią i zapasowym generatorem pomieszczenia specjalnego do zwykłego magazynu, nie protestowali. Przegapili to wszyscy. Tak jak to, że w kanciapie zaczęło przybywać lokatorów. Dopiero po nieudanej próbie zarejestrowania partii i śmierci Filona ktoś zadał sobie pytanie, co by było, gdyby w klinice padło zasilanie. Wiedzieli, co by było – magazyn nie miał łącza zapasowego, więc ponad dwieście mózgów w słojach ugotowałoby się lub udusiło. Jednak dopiero śmierć Witolda pchnęła większość lokatorów składu 1B na skraj paniki.

Witold Piotrowski nie miał rodziny, a przynajmniej takiej, która by się do niego przyznawała. Przez pewien czas, gdy odnosił sukcesy jako gracz Blinka, chciał go podkupić pewien zespół e-sportowy. Witold całymi dniami opowiadał, że przyjdą po niego, zabiorą słoik w inne miejsce, a on będzie sławny i bogaty, wiec na pewno dotrwa do wprowadzenia technologii pełnego transferu. Nie wiadomo, czy zespół się rozpadł, czy nigdy nie chciał przejmować słoikowego – tego Marcin nigdy się nie dowiedział. W każdym razie Witold został, wciąż zamęczał ich swoimi tyradami, a potem umarł.

Poszło chłodzenie, tak zupełnie nagle, że nie mieli szans zareagować. W jednej chwili był z nimi, potem powiedział, że czuje się zmęczony, a oni nie zrozumieli. Dwie minuty później już nie odpowiadał i Aneta wszczęła alarm. Odbyło się nawet jakieś posiedzenie komisji technicznej, która orzekła, że ponad dwudziestoletni sprzęt może zawieść, więc trudno szukać winnych wśród personelu.

Ale nam wymienicie chłodzenie? – zapytał wtedy Marcin.

Tak, w swoim czasie – zapewnił dyrektor.

Potem zmienił się dyrektor, a oni znowu tego nie zauważyli, bo zespół z Brazylii ogłosił pełne przepisanie dwóch osobowości na eksperymentalny serwer. Było to kłamstwo, ale słoiki z Warszawy przez dwa miesiące żyły nadzieją. Potem zaczęły ponownie domagać się lepszego chłodzenia.

Żądam rozmowy z dyrektorem! I to już! – zawołał Marcin, rozpoznając kontrolerem medycznym, że Mariański dolewa mu pożywki.

Bo? – zapytał uprzejmie technik.

Słoik wyobrażał sobie wysokiego, dobrze zbudowanego młodzieńca, pochylonego z butlą nad dozownikiem lodówki. Pewnie się nie uśmiechał, gdyż uważał pracę w klinice za zajęcie urągającego jego godności oraz kompetencjom. Rozumiał, że na rynku pracy zrobiło się ciasno, bieda w kraju powinna uczyć pokory, ale wolał płakać nad losem ojczyzny, wykonując inne zajęcie. Pewnie zakręcił butlę z pożywką i spojrzał na szare wypukłości słoja, choć, rozmawiając z Marcinem, właściwie powinien był zwracać się do stojącego na biurku mikrofonu.

Możemy w każdej sekundzie umrzeć! To nieludzkie, że nas tak traktujecie.

Ty się ciesz, że ktokolwiek jeszcze płaci wasze rachunki – powiedział technik. – Jaki z was pożytek? Pływacie tak w magazynie, ciągniecie prąd i sobie gracie.

Możemy być pełnoprawnymi członkami społeczeństwa! – Marcin sam poczuł, że technik patrzy na słoje z otwartymi ze zdumienia ustami. – Będziemy, jak tylko uwolnimy się z tych lodówek. Kiedy przepiszą nas w sieć…

Nie przepiszą – odparł Mariański. – Gdyby to było możliwe, powiodłoby się Amerykanom, Hindusom czy nawet Brazylijczykom. Po prostu się nie da. Dlatego nie ma sensu was trzymać.

To nasze życie…

Gówno, nie życie. – Przez chwilę grzebał w zapisach osobistego komputera i, o ironio, tę czynność Marcin akurat widział. – O, proszę. Jesteście pacjentami w stanie wegetatywnym, czekającymi na zabieg przepisania. Nie będzie zabiegu, odwołali pociąg. A za prąd i pożywki trzeba płacić. Handluj z tym!

Nam się należy…

Nic się nie należy! Ta lodówka jest własnością kliniki.

Ale to mój… Mariański!?

Technik zamilkł i to przeraziło Marcina. Słoik skupił całą swą uwagę na kamerze przemysłowej z naprzeciwka. Czujnik był skierowany na ulicę, obserwował też ścianę ośrodka. Pierwsze piętro, 1B. Mikulski zauważył, że niedosunięta firanka się porusza. Technik zasłonił tę resztkę okna, przez którą było cokolwiek widać. Słoik zrozumiał, że i on zaraz poczuje się senny.

Nie widział, jak Mariański delikatnie odsuwa jeden ze słojów, jak odsłania moduł zasilający i uderza nogą w obudowę. Nie mógł też zobaczyć, jak sprężarka gazu chłodzącego przestaje pracować. Marcin poczuł jedynie, że cyfrowy świat wokół dziwnie przyśpieszył i nie zdążył nawet pomyśleć raz jeszcze, że ojciec miał rację.

Właściwie miał rację i Mariański, bo mózg mózgiem, ale lodówka nie należała do Marcina. Kłopot polegał na tym, że nie należała też do technika medycznego, który uszkodził cenny sprzęt (jak się zarzekał: przez pomyłkę). Komisja etyczna zebrała się dwa razy. Był to siedemdziesiąty trzeci – czas, kiedy takie komisje jeszcze się zbierały.

Adam Podlewski

Lipiec 2015

Tekst pochodzi z 81 nr kwartalnika „Fronda Lux”. Zobacz SPIS TREŚCI. Numer pisma można kupić TUTAJ.

Dla studentów mamy specjalną ofertę: „Fronda Lux” tylko za 10 zł. Wystarczy przesłać skan legitymacji studenckiej. Więcej informacji na ten temat znajdziecie TUTAJ.