japonia

Zabawmy się w piekle. Sion Sono i japońska lekkość zabijania

Wiem, ludzie się wieszają,
Rzucają się pod pociąg

Kobranocka

Filmowcom we współczesnej, na wskroś ateistycznej Japonii często brakuje czegoś więcej, o to „więcej” rozpaczliwie nieraz wołają, równocześnie jednak „i chcieliby, i boją się”. Czołowy psychopata swoje ofiary przywozi do domu pełnego religijnych, zwłaszcza maryjnych symboli – sugeruje to wychowanie w rodzinie katolickiej, mocno nawiedzonej

Powiedzmy sobie szczerze. Filmy Siona Sono mają swoich zwolenników, często zresztą dość bezrefleksyjnych, można też po prostu nie dawać rady ich oglądać, choć ostatnio trafiło się kilka bardziej w swoim szaleństwie zachowawczych. Uczucia mogą budzić w człowieku tak różne i sprzeczne, że sam miotam się od ściany do ściany. Nawet pisząc ten artykuł, z założeniem, że to teoretycznie „mój ulubiony japoński reżyser”, co chwila łapałem się na rozpaczliwym „o nie”, gdy czułem, że wypada przypomnieć sobie któryś z już obejrzanych filmów. Wszystkie bowiem filmy Sono, które udało mi się zobaczyć, oceniam dość wysoko, niemniej wyraźna większość z nich była przeżyciem mocno wyniszczającym psychicznie, dobrym (a i to chyba zbyt odważnie użyte w tym przypadku słowo) na jeden raz. Kilku zaś obejrzeć mi się nie udało, wcale nie dlatego, że nie można się do nich w żaden sposób dobrać. Takie Love exposure nadgryzam co jakiś czas, ale nie jestem w stanie wytrwać nawet do pełnych dwóch godzin, podczas gdy to wielkie dzieło trwa dwa razy dłużej – a i to w wyniku ukłonu artysty w stronę producentów, gdyż pierwotnie film planowany był na sześć godzin. Tak.

Sono swój pierwszy, jeszcze krótkometrażowy film nakręcił w 1984 roku i od tamtej pory nowe dzieła wyrzuca z siebie w tempie, którym dałoby się obdzielić kilkunastu innych twórców. Jego filmografia to dziś już 60 tytułów, z czego w Polsce znanych było może z 10 – z reguły dzięki mniej lub bardziej nielegalnym źródłom, choć nie tak dawno w kinie obejrzeć można było Zabawmy się w piekle, a kilka lat temu pokazano nam Zły film. Ten ostatni chyba tylko dzięki temu, że skojarzył się rozkochanym w politycznej poprawności organizatorom festiwalu Pięć Smaków z tym, co działo się według nich na warszawskich ulicach każdego 11 listopada i na ten dzień właśnie wyznaczyli termin projekcji. Choć oczywiście film o walczących na ulicach Tokio chińskich bandziorach i japońskich nacjonalistach reklamowali jako „politycznie niepoprawny”. Oprócz dwóch wspomnianych tytułów na polskim rynku ukazał się jeszcze na DVD Cold fish, zawierający przywołaną przeze mnie w poprzednim tekście o japońskich filmach wypowiedź My, Japończycy, nie znamy wyrzutów sumienia.

Na pewno znajdziemy w Japonii bardzo wielu twórców, którym uśmiercanie na różne wymyślne sposoby swoich bohaterów pierwszo-, drugo- i dziesięcioplanowych przychodzi z łatwością, a życie postaci wydaje się znaczyć dla nich niewiele lub wręcz nic. Do postaci w takich filmach lepiej się nie przyzwyczajać, a już na pewno zbytnio się z nimi nie utożsamiać. Jeśli zaś chce się o tym pisać, pewnie pierwszym wyborem dla kogoś oblatanego w miarę w japońskim horrorze i pokrewnych byłby Takashi Miike. Trochę bardziej znany niż Sion Sono, a i bardziej od niego zakochany w przemocy. O rok starszy (Miike urodził się w 1960, Sono – w 1961 roku) zadebiutował kilka lat później, jednak nie mogę uciec od wrażenia, że to raczej Miike bywał inspiracją dla Sono niż odwrotnie. W Dziwnym cyrku Sono, ciężkiej i przygniatającej opowieści o rozłożonych w czasie konsekwencjach przemocy seksualnej w rodzinie, zauważyłem pewne rozwiązania formalne, obecne w starszej o kilka lat Grze wstępnej, pierwszym filmie, jaki przyniósł międzynarodową popularność Takashiemu Miike. Z kinem obu mam kłopot, jednak żaden film Miikego mnie nie porwał, zaś chyba ze wszystkich jego produkcji najbardziej podobał mi się w miarę świeży, mocno przerysowany i względem j-horroru autoironiczny As the Gods Will, który zresztą w pewnym stopniu znów kojarzy mi się z niedawnymi produkcjami Sono. Może jako prawie równolatkowie w podobny sposób próbują odświeżyć język swojej twórczości, wprowadzając do niego coraz więcej dystansu?

We wspomnianym filmie autor Gry wstępnej ujawnił też charakterystyczne raczej dla swojego kolegi zainteresowanie motywami religijnymi, połączone z ich, mówiąc delikatnie, niezrozumieniem, czy raczej fałszywym wyobrażeniem. Twórcom we współczesnej, na wskroś ateistycznej Japonii często brakuje czegoś więcej, o to „więcej” rozpaczliwie nieraz wołają, równocześnie jednak „i chcieliby, i boją się”. O tym, że Sono się boi, wnoszę nie tylko z Love exposure (którego jednak, jak już uczciwie przyznałem, nie jestem w stanie skończyć, opieram więc swój sąd na podstawie pierwszej połowy filmu – jednak nagromadzona w niej dawka wariactwa mającego korzenie w religii oraz treści trudnych do przełknięcia nawet dla kogoś, kto potrafi wiele wybaczyć), lecz i z Cold fish. Czołowy psychopata tego filmu swoje ofiary przywozi do domu pełnego religijnych, zwłaszcza maryjnych symboli – sugeruje to wychowanie w rodzinie katolickiej, mocno nawiedzonej. Zresztą – nienawiedzonych wyznawców religii nie zauważyłem, nie licząc oczywiście wstrętnych, cynicznych oszustów Kościoła Zero z Love exposure. Że można inaczej, nie rezygnując wcale z szokowania widza, przekonać można się, sięgając po Gureitofuru deddo Elji Uchidy. W tym mocno przegiętym obrazie, w którym zobaczymy między innymi dziewczynę, która więzi starszego mężczyznę, faszeruje go środkami na potencję i gwałci, po czym – zakochana, szczęśliwa i zakrwawiona, bo po drodze zabiła jego syna – biegnie kupić mu coś do jedzenia, trochę niespodziewanie znajdziemy artykulacje niespełnionych duchowych potrzeb i interesujący, choć też nie całkiem konsekwentny, wymiar religijny.

Upodobanie do seryjnej likwidacji bohaterów przekłada się na popularność slasherów, które w Japonii najczęściej powstają w specyficznej formie – intryga toczy się wokół gry prowadzonej na ogół przez tajemniczą postać lub siłę z zewnątrz, w której, podczas kolejnych zadań bohaterowie spektakularnie żegnają się ze światem żywych. W tle z reguły kryje się zemsta, najczęściej – za szkolną przemoc. Filmów według jednego schematu powstaje wiele, jednak co jakiś czas udaje się z nich wycisnąć coś nowego, jak Mari Sato (jednej z ciekawszych japońskich reżyserek horrorów), która w Twilight syndrome: Dead go round (Towairaito shindorômu: Deddo gôrando), mordując w dziwnym wesołym miasteczku kilkoro młodych „nołlajfów”, całkiem przekonująco ostrzegała przed uzależnieniem od gier komputerowych. Często jednak trudno dopatrzyć się w tego typu produkcjach czegoś więcej niż przemocy, fabuła zaś jest czysto pretekstowa niczym w filmie pornograficznym, co czyni określenie „torturę porn” czymś jeszcze bardziej na miejscu. Trzeba tu wspomnieć jeszcze o Battle royale, kultowym filmie Kinjego Fukasaku z 2000 roku, w którym grupa nastolatków ląduje na odciętej od świata wyspie, gdzie musi nawzajem powyrzynać się ku uciesze dorosłych i podtrzymaniu opresyjnego systemu politycznego autorytarnej Japonii przyszłości. Wszelkie skojarzenia z pierwszą częścią trylogii Igrzyska śmierci są jak najbardziej na miejscu. W tym jednak przypadku kontynuacja nie okazała się specjalnie udana.

Wróćmy jednak do Sono. W 2000 roku kręci on swój piętnasty film, Klub samobójców (czasem występujący pod alternatywnym tytułem Krąg samobójców). Pierwszą scenę, zbiorowe samobójstwo 54 uczennic w tokijskim metrze, uważam za jedną z lepszych scen w historii horroru. Później rzecz się tylko nawarstwia – Japonię ogarnia epidemia samobójstw, policja myli tropy, a gdzieś w tle karierę robi dziecięcy zespół muzyczny, który wydaje się mieć coś wspólnego z narodowym dramatem. Oglądamy samobójstwa grupowe, przypadkowe jak szkolny wygłup i indywidualne, których nie da się niczym wytłumaczyć. Ogłupieni telewizją nastolatkowie, pielęgniarki na dyżurze, rodzina prowadzącego sprawę policjanta, jakieś postacie, których nawet nie zdążymy za bardzo poznać – wszystko to stanowi bardzo smutny obraz współczesnego społeczeństwa. To film, w którym bardzo trudno się połapać, a dostępne na Wikipedii streszczenie wydaje się zjadać połowę wątków. Całość wydaje się mieć w miarę racjonalne wyjaśnienie, tymczasem gdzieś w połowie filmu pojawia się jedna scena, typowa dla opowieści o duchach… która nie ma żadnego dalszego ciągu i łatwo o niej zapomnieć.

Samobójstwa, będące w Japonii dość poważnym problemem społecznym, stały się też inspiracją dla twórców, przy czym film Sono wydaje się niedościgniony. W 2007 roku Masato Harada nakręcił Suicide song (Densen uta). Wykorzystując autentyczną historię znanej przedwojennej piosenki Gloomy Sunday, do dziś chętnie wykorzystywana przez licznych mrocznych wykonawców, której oryginalne wykonanie zaowocowało falą samobójstw w przedwojennej Europie, Harada stworzył film z udziałem popularnego girlsbandu AKB-48, który w pierwszej połowie zdaje się czerpać sporo z Klubu samobójców, by skręcić w dość banalną estetykę metafizycznego romansu. Powstał również dwuczęściowy, poprawny, lecz nieporywający Suicide manual, do którego punktem wyjścia było samobójstwo poprzez uduszenie się oparami w zamkniętym pomieszczeniu – bardzo popularna wśród japońskiej młodzieży metoda. Od takiej samej sytuacji zaczyna się Strach (Koyfu; The Sylvian Experiment), nakręcony i napisany przez scenarzystę Ringu i lekko wobec niego wtórny.

Suicide club doczekał się cztery lata później kontynuacji w dramacie psychologicznym Noriko’s dinner table. To historia, która rozgrywa się równolegle, próbując tłumaczyć niewyjaśnione wątki z pierwszej części, a przy tym dokładając mocny wątek agencji, w której wynająć możesz aktorów, którzy z pełnym poświęceniem – z oddaniem życia włącznie – odgrywać będą twoją rodzinę. Istotne znaczenie ma też strona internetowa, co każe mi się zastanowić, czy twórcy polskiej Sali samobójców nie inspirowali się (również, bo jeszcze więcej skojarzeń mam z Chatroomem Hideo Nakaty) trochę historią Noriko i jej mentorki Kumiko. Choć Sono, co akurat wydało mi się pójściem na skróty – przekleił do historii Noriko najmocniejszą scenę z Klubu samobójców, skok dziewcząt pod koła wagonu metra, tym razem nie mamy do czynienia z horrorem w ścisłym znaczeniu.

Do tego gatunku Sono wracać będzie rzadko, co nie znaczy, że będzie oszczędzał sztuczną krew przy produkcji kolejnych filmów. Wręcz przeciwnie, sporo rozleje jej w Zimnej rybie, zaś przy Zabawmy się w piekle pobije wszelkie rekordy. Komedia o grupie filmowców amatorów, którzy dziwnym zrządzeniem losu z kamerami trafią w sam środek mafijnej wojny o wszystko, będzie wyjątkowo krwawa. Nasi bohaterowie masakrę yakuzy filmować będą do ostatniego tchnienia. W tym samym czasie Miike nakręci Lekcję zła, w której demoniczny nauczyciel przespaceruje się po szkole z karabinem z determinacją i finezją Andersa Breivika. Krytycy zauważyli zresztą tę niefortunną analogię i japoński reżyser tym razem spotkał się z krytyką. Lekcję zła można było przy odrobinie szczęścia i zachodu zobaczyć u nas w kinie, niemniej trudno odnaleźć w tym filmie cokolwiek przełomowego, choć oczywiście mamy do czynienia z przyzwoitym rzemiosłem. Przyzwoite rzemiosło przegrywa jednak z brawurą, poświęceniem i miłością do kina, której w Zabawmy się w piekle Sono składa swój hołd. Przy okazji posuwa się coraz dalej w świat koloru i dystansu.

Jak wspomniałem, Sono rzadko decyduje się na nakręcenie typowego horroru. Poza Klubem samobójców w tej konwencji (choć już z przebłyskami coraz częstszego u niego komediowego szaleństwa) utrzymany będzie film pod nietypowym tytułem Przedłużanie włosów. Motyw długich czarnych włosów, często pojawiający się w azjatyckich horrorach, tu zostanie wykorzystany ekstremalnie – gdy włosy ofiar eksperymentów wykorzystane zostaną do tytułowego przedłużania fryzur w pewnym zakładzie fryzjerskim, nic dobrego z tego nie wyjdzie. Choć pomysł szalony, to całość jest, jak na Sono, wyjątkowo mało przegięta. Sympatyczną wartością dodaną jest Chiaki Kuriyama, znana z pierwszego Kill Billa, tu w roli pięknej, młodej fryzjerki, opiekującej się z poświęceniem swoją siostrzenicą. Blisko horroru, tym razem w wydaniu zdecydowanie niesympatycznym, są wspomniany już Strange circus i nieodległy od niego film Miłosne piekło, który dość okrutnie, z elementami sadyzmu i pornografii, demoluje tradycyjne japońskie relacje małżeńskie. Oba te obrazy uznać można za szokujące thrillery erotyczne. Co gorsza, drugi z nich, historia degrengolady uległej japońskiej żony wchodzącej w wyniszczającą relację z prostytutką, będącą kochanką jej męża sadysty, oparty został ponoć na autentycznych wydarzeniach.

Niekompletną z przyczyn obiektywnych opowieść o filmach Siona Sono zakończę przywołaniem dwóch (z już chyba siedmiu, kto za tym wszystkim nadąży?) późniejszych niż Zabawmy się w piekle filmów. Riaru Onogokko, występujący częściej jako Tag to trzeci z moich ulubionych (obok Klubu samobójców i Przedłużania włosów) efektów pracy Japończyka, a też, zupełnym przypadkiem, jego trzeci gatunkowy horror. Otwierająca Tag scena swoją barwnością, karkołomnością i rozmachem przewyższa nawet opisane wyżej samobójstwo uczennic w tokijskim metrze. Tym razem oglądamy nagłą dekapitację całej wycieczki szkolnej. Koszmar przeżyje tylko jedna dziewczyna, która od tego momentu co chwila lądować będzie w innej rzeczywistości – tylko po to, by widzieć, jak giną wszyscy dookoła. Czasem nawet z jej pomocą. Myślę, że Tag stanie się za jakiś czas filmem równie kultowym, co choćby Machine girl, co nie znaczy, że trzeba wrzucać je do jednego worka. Drugim nowym filmem Sono, który udało mi się obejrzeć, jest… erotyczna farsa Virgin psychics. Tu krwi właściwie nie ma, przemocy też nie za wiele, co więcej – chyba po raz pierwszy nasz bohater nie będzie miał nam niczego ważnego do powiedzenia. Pokaże nam za to dużo japońskich aktorek młodego pokolenia w mniej lub bardziej wyzywających pozach. Technicznie będzie to oczywiście bez zarzutu, mam jednak nadzieję, że to jednorazowa wycieczka w kierunku tak jawnie komercyjnego, lekkiego i przyjemnego kina.

Krzysztof Karnkowski

Tekst pochodzi z 79 nr kwartalnika „Fronda Lux”. Zobacz SPIS TREŚCI. Numer pisma można kupić TUTAJ.

Dla studentów mamy specjalną ofertę: „Fronda Lux” tylko za 10 zł. Wystarczy przesłać skan legitymacji studenckiej. Więcej informacji na ten temat znajdziecie TUTAJ