salom01

Życie i śmierć Salomona Weisena

Pobożny Żyd powinien żyć tak, aby w każdej chwili móc z godnością stanąć przed Stwórcą. Stary Szlomo Weisen starał się jak mógł, ale wszystko poszło źle. Po pierwsze: nie był gotowy na śmierć. Po drugie: zupełnie nie był gotowy na to, co nastąpiło potem.

Tamtego ranka wstał jak zwykle. Było lato, więc gdy stary zegar w jadalni wskazywał szóstą, słońce wisiało już nad lasem. Szlomo mieszkał sam. Od kiedy jego żona umarła, a obie córki znalazły mężów i wyprowadziły do Lublina, chatka na krańcu Sztetla należała już tylko do niego. Ale Szlomo nie narzekał. Mądry jak jego imiennik, król Salomon, wiedział, że tak jest najlepiej. Jego Ryfka siedziała już po drugiej stronie, ale na pewno nie skarżyła się już na bóle stawów, co zdarzało się jej przez ostatnie lata na ziemi. A jego córki, piękne jak polne chabry, nie wytrzymałyby i tak w małym Sztetlu. Miejskie życie, kolorowe suknie, magiczne sklepy kolonialne i automobile – to do nich pasowało. A Szlomo nie był samotny. Ludzie go lubili i potrzebowali, bo, jak to mawiano, był złotą rączką. Potrafił niejedno naprawić, a jak nie naprawić, to przynajmniej na części rozłożyć. Ostatnio wzrok starego Żyda szwankował, więc częściej po prostu ostrzył noże i nożyczki. Ale kogoś sprawnego z osełką Sztetl też potrzebował, a nowe rzeczy można było kupić na poczcie.

Dlatego Szlomo umył się w misce, ubrał i zjadł śniadanie. Rozmoczył wczorajszy chleb w mleku, a na osłodę zjadł jeszcze trochę jabłkowej marmolady. Dobrze mu się powodziło, może dlatego, że niezgorzej powydawał córki za mąż. Nie znał wprawdzie żadnego ze swoich zięciów, ale przyznawał, że to solidne Żydy były, nie żadne miejskie szajgce. Przy każdym liście z Lublina Szlomo znajdował w kopercie kilkanaście złotych. U siebie, w Sztetlu, mógłby za same te pieniądze żyć jak panisko, ale i tak chodził ostrzyć noże, bo lubił.

Kiedy zjadł, podszedł raz jeszcze do miski i wyciągnął szczoteczkę oraz proszek czyszczący. Lekarz i pan naczelnik wiele razy powtarzali, że trzeba myć zęby, aby nie próchniały i choroby się przez dziury nie wdawały. Szlomo nie do końca wierzył w skuteczność działania miętowego proszku, ale lubił jego zapach i lubił naczelnika Wiśniewskiego, więc zęby mył.

Około siódmej ruszył w drogę. O tej porze niemal nikogo na ulicy nie było. Ot, jakiś zaspany Żyd szedł niczym zjawa do warsztatu, dziatwa sprzątała obejście przed wyprawą do lokalnego chederu. Ktoś tam wychylił się przez okno i pozdrowił Szlomego. „Boże, błogosław temu domowi!” – odpowiadał starzec radośnie. Bo i radosny to był dzień. Jasny, ale nie gorący. Cichy, tak jak ciche były zwykle dni w Sztetlu, ale Wejsen nie czuł się z tym źle.

W końcu skręcił do centrum mieściny. Mówił: centrum, bo tak się mawiało w wielkich miastach, w Chełmie, Lublinie, ale tak naprawdę było to ledwie skrzyżowanie, bożnica, sklep starej Chedlowej oraz poczta. Lubił pocztę i często się tam zatrzymywał, mimo że pan Wiśniewski nigdy nie ostrzył noży. Naczelnik poczty, jedyny na stałe mieszkający w Sztetlu goj, był oryginałem, co się zowie. Ubierał się dziwacznie, wprawdzie nie tak dziwacznie, jak jego pomocnicy (zwykle posługiwało mu dwóch lub trzech młodych gojów z miasta; ci jednak często się zmieniali), ale jakoś inaczej, po obcemu, choć dystyngowanie. Znał też setki dziwacznych historii z wielu dalekich miejsc. Szlomo lubił tych opowieści słuchać, bo w swoim długim, sześćdziesięcioletnim życiu nie był nigdy dalej niż w Chełmie, a to i tak nocą i przejazdem. Miał jechać na ślub Sary do Lublina, ale wtedy wybuchły ponoć jakieś rozruchy i pan Wiśniewski przekonał Szlomego, aby został w Sztetlu. Tak bywało.

– Dzień dobry, Szlomo! – powitał go naczelnik poczty.

– Dobry, panie Wiśniewski – odparł stary Żyd. – Może coś do naostrzenia?

– Nie, dziękuję, przyjacielu – odpowiedział pocztowiec. – Ale może napijesz się ze mną herbaty?

Szlomo dziwił się ciągle, co się ostatnio ze światem dzieje. I pan Wiśniewski, i córki obie, kiedy pisały, ostrzegały starego Żyda, że coś złego wisi w powietrzu. Że goje w miastach niespokojni, a i chłopów w innych wioskach lepiej nie drażnić. Że wszyscy cięci bardzo na Naród i trzeba w Sztetlu siedzieć, nim sprawy nie ucichną. Ale tej wrogości wobec Żydowin jakoś Szlomo nie widział. Prawda, bardzo dawno nie był mieście i ledwie je pamiętał, ale przecież nie mogło być tak źle. Naczelnik Wiśniewski był gojem, a on przecież traktował starego Szlomo jak najlepszego druha. Jego pomocnicy to niby niespokojna młódź z miast, ale uprzejmi zawsze byli, choć dziwni. I lekarz, co przyjeżdżał co dwa tygodnie, i dziwaczni ludzie, którzy wywozili kinowy projektor – oni wszyscy byli bardzo mili. Szlomo nie rozumiał, dlaczego ludzie mają się zmieniać, kiedy tylko przybywają do wielkiego miasta. Ale skoro naczelnik Wiśniewski odradzał wojaże, to on nie wojażował.

Wypili herbatę i zjedli po kilka kruchych ciasteczek, które kosztowały aż dwanaście groszy za kilogram. Ale Wiśniewski lubił swojego przyjaciela od noży, bo mu nie żałował, a jeszcze opowiadał cudowne historie. Takie, jak wyświetlali na filmach, ale Naczelnik to wszystko sam widział.

– Panie Naczelniku, ale jak to jest, że te samoloty nie przylatują do Sztetla? – zapytał w końcu Szlomo.

– A gdzie by miały lądować? Tak na polu to niebezpiecznie. Potrzebują… betonu, takiej twardej drogi, bardzo długiej. Mówi się: pas startowy.

– W Lublinie mają takie pasy?

Naczelnik skinął głową.

– A Sara i Ruta to latają samolotami? Bo pisały, że czasem jadą do Warszawy, albo do Madrytu, ale nie mówiły jak.

– Na pewno. Taka podróż to nawet nie jest już droga, a do Madrytu to trwa ze dwie godziny.

– A daleko to?

Naczelnik skinął głową.

– Dalej niż stąd do Lublina?

– Znacznie dalej. Kiedyś pokażę ci na globusie.

– A jakbym ja chciał polecieć do Madrytu? Albo dalej, do takiej Jerozolimy?

– No… Do Jerozolimy to się tak łatwo nie da…

– Kiedyś pan Stefan od kina mówił, że w Jerozolimie Turcy stali.

– Już nie ma tam Turków, ale nadal łatwo się tam nie można dostać.

– Pan by mógł? – zapytał zaciekawiony Szlomo.

A Wiśniewski wstał, podszedł do Żyda i położył mu dłoń na ramieniu. Mówił cichym, poważnym i pełnym przejęcia głosem, jakby tłumaczył małemu dziecku, że trzeba połknąć to gorzkie lekarstwo. Szlomo rozumiał, że pan Naczelnik chce dobrze, ale nie lubił tego tonu.

– Posłuchaj, Salomonie, to poważna sprawa. Żyjemy w dziwnych czasach, niektórzy by powiedzieli: ostatecznych. Żydzi nie powinni podróżować sami. Może z tego wyniknąć zła heca…

– Ale, ale! – przerwał mu starzec. – Jak pan mówi, że to czasy ostateczne, to ja muszę zobaczyć Madryt i Jerozolimę szybko! Bo potem nie będzie już okazji i…

Wtedy stary Szlomo wzruszył się nad swoim życiem. Poczuł się naraz i bardzo słodko, i bardzo źle. Słodko, bo w sumie żył dobrze, spokojnie i godnie w swoim pięknym Sztetlu. Ale i smutno, bo nigdzie nie był, poza tą nieudaną wycieczką do Chełma i wyprawami po okolicznych lasach. Żal mu się zrobiło siebie, zmarłej Ryfki i tylu dobrych Żydów z okolicy, co też nie podróżowali do Madrytu. Zazdrościł córkom, które wyjechały do samego Lublina, a potem mogły latać stalowymi lataczami na cały Boży świat. A jeszcze później zrobiło mu się źle z innego powodu, bo przecież, skarżąc się dobremu panu Naczelnikowi, okazywał niewdzięczność. Wiśniewski martwił się o Szlomego, o innych Żydów ze Sztetla, a oni mu za to…

Poczuł ból nad sercem, gdzieś głęboko pod żebrami. Jęknął, chciał wziąć głęboki oddech, ale nagle powietrze stało się gęste niczym krochmal i ciężkie jak ołów. Jasny świat ucichł, ściemniał i oddalił się. Ból przeszedł, ale słabość i senność objęły go żelaznym uściskiem. Zrozumiał, że jego pielgrzymka dobiega końca.

***

O ósmej osiemnaście i cztery sekundy komputer medyczny Salomona Wejsena zameldował o ataku dusznicy przy czterdziestoprocentowym niedokrwieniu naczyń sercowych. Mimo raportów uznałem, że to pełny atak serca i rozpocząłem procedury alarmowe. Nie zamierzam unikać odpowiedzialności za narażenie tego pacjenta na śmierć; opisuję tylko, co widziałem i jak na te zdarzenia zareagowałem.

Szlomo Wejsen był raczej zdrowym mężczyzną w wieku lat sześćdziesięciu dwóch. Odziedziczył skłonności do chorób układu krążenia, ale wszczepiony w Chełmie kontroler medyczny na bieżąco informował Centralę o ryzyku. Poza tym w proszku do zębów podawaliśmy mu potrzebne nanoidy oraz pożywkę. Nie twierdzę, że życiu pacjenta nigdy nie groziło niebezpieczeństwo; ba, dziękuję do dziś Bogu, że atak nastąpił na poczcie, czyli placówce poddanej wymogom konspiracji.

Po ustabilizowaniu pacjenta odciąłem budynek, wywiesiłem tabliczkę „nieczynne do odwołania”, po czym wywiozłem Szlomego tunelem. Przekroczyliśmy granicę Strefy w lesie pod Sawinem. Tam czekał już zespół chirurgiczny, kardiologiczny oraz rój robotów systemu van Dorna. Do południa przeprowadzili niezbędne operacje, po czym wszczepili nanoidy potrzebne do dalszej kuracji.

Tymczasem stworzyłem odlew Szlomy, nadzorowałem budowę golema, a na końcu upewniłem się, że pokryto go realistyczną dermą. Martwa kukła pacjenta została podrzucona na pocztę, a przybyły na miejsce doktor Starczewski powiadomił już mieszkańców Sztetla o śmierci szanowanego sąsiada. Jednocześnie ściągnęliśmy obie córki pacjenta – jedną z Lublina, drugą z domu zakonnego pod Madrytem.

Ponieważ sytuacja była nagła, nie mieliśmy pod ręką psychologa i to mnie przypadł wątpliwy zaszczyt rozmowy z Żydem wyrwanym ze Strefy. Wspomnienie tej konwersacji będzie mi towarzyszyć do końca życia. Muszę też zaznaczyć, że pacjent zniósł nowiny z budzącym podziw spokojem.

Pewnie widział część operacji; był do pewnego stopnia świadom, więc obserwował nie tylko lekarzy i roboty medyczne, ale też ojca Rudolfa, stojącego nad nim z wodą świeconą. Nie tak powinien wyglądać sakrament, ale ze względu na wyjątkowe okoliczności ojciec był gotów w każdej chwili, bezpośrednio podłączony do komputera przez złącze karkowe. Widok groźnego kapłana z naczyniem w dłoni i kablami na karku zapewne nie nastrajał pacjenta pozytywnie. Dobrze, że lekarzom udało się uratować Szlomego i chrzest nie musiał odbywać się in extremo.

Znieczulenie w końcu przestało działać, a medycy i maszyny odstąpili od pacjenta. Ten przez kilkanaście minut nie był w stanie podjąć komunikacji ze światem, ale monitorowaliśmy jego odczyty witalne. Ojciec Rudolf wciąż był gotów.

– Gdzie jestem? – zapytał wreszcie.

– Wśród przyjaciół. Poza Sztetlem, ale w bezpiecznym miejscu. Są tu lekarze i opiekunowie duchowi.

Leżał wciąż na łożu operacyjnym i patrzył na wirtualne pulpity oraz hologramy za moimi plecami. Operowaliśmy w budynku Świętej Magdaleny, z piętra widział więc stację kontrolną Sztetla. Mimo iż nieuczony, Szlomo bardzo szybko pojął tajemnicę Strefy.

– To… nie jest prawdziwe – powiedział, obserwując monitory oraz hologramy. Musiał poznać obraz z dziesiątek kamer i dronów zwiadowczych, którymi kontrolowaliśmy populację miasteczka. – Sztelt to jakiś zwierzyniec… zoo! – jęknął, przypomniawszy sobie słowo przeczytane w liście od córki.

– Nie zoo, tylko Arka Noego! – poprawiłem go. – Ale to później. Przyjacielu, czy chcesz zobaczyć swoje dzieci?

Sara i Ruta już czekały. Starsza miała na sobie habit zgromadzenia. Chcieliśmy ją przekonać, aby założyła świeckie ubrania, ale stwierdziła, że nie należy już niczego zatajać. Zgodziliśmy się, choć ojciec Rudolf wciąż był gotowy udzielić chrztu w razie zagrażającego życiu szoku. Obecna na miejscu doktor Schwartz uznała jednak, że jedno wielkie, ale krótkotrwałe wzruszenie nie będzie gorsze od kilku pomniejszych.

– Ruta… Sara… wy też tu…

– Spokojnie, tate, wszystko będzie dobrze – powiedziała starsza. – Zaraz ci wyjaśnimy, co się stało.

– Dziecko, jak ty jesteś ubrana… Jak te zakonnice gojskie..

– To długa historia, tate. Na razie odpoczywaj.

Podeszły, złożyły pocałunki na ojcowskim czole i czekały na mnie. Była to niezręczna sytuacja, bo miałem nadzieję, że ten pierwszy etap wykonają dzieci. Cóż, moja posługa nie jest prosta i nie zasłużyłem na nic lepszego.

– Szlomo… Musisz się już domyślać, czym naprawdę jest Sztetl.

– Pewnie jakimś widowiskiem, cyrkiem dla gojskiej gawiedzi. Powiedz, naczelniku, czy nie ma już prawdziwego Narodu na Ziemi?

– Ależ jest! Ty jesteś prawdziwym Żydem, skoro jeszcze istnieje Ziemia!

Musiałem ominąć wiele aspektów opowieści. Nie było potrzeby tłumaczyć, dlaczego na początku dwudziestego drugiego wieku utrzymujemy iluzję początków dwudziestego stulecia. Ani czym są malutkie maszyny w jego krwi, które alarmują nas, kiedy tylko ciśnienie krwi za bardzo się podniesie albo poziom cukru znacznie spadnie. Właściwie nie tłumaczyłem też, jak mierzymy ciśnienie i poziom cukru we krwi. Nie pytał o to, interesowały go tylko konkrety.

– Ryfka…

– Przykro mi, przyjacielu, twoja żona nie żyje.

– Czyli ona naprawdę…

– Piętnaście lat temu doznała tylko lekkiego wstrząsu anafilak… źle się poczuła. Musieliśmy ją zabrać na dłuższe leczenie, a podstawiliśmy wam jej kukłę na pogrzeb. – Widziałem, że Szlomo chce coś powiedzieć, krzyknąć, może i zakląć, ale nie pozwoliłem mu. Ważne wieści należało podawać w dużych dawkach. – Zrozum, przyjacielu, nie mogła do was wrócić. Po kuracji było wprawdzie lepiej, ale co byście zrobili, gdyby Ryfka tak po prostu wróciła pół roku po śmierci? Tylko że tęskniła za wami. Przenieśliśmy ją do innego Sztetla, właściwie do samej Jerozolimy. I tam zmarniała biedaczka, zły klimat, a może po prostu ludzie inni. Nie wiemy, na co umarła. Jeden z tamtejszych ojców mówi, że z tęsknoty. Twoje córki chciały ją pocieszyć, ale drzew dobrze wrośniętych w ziemię się nie przesadza.

– Ale dlaczego? Dlaczego nas trzymacie w takich… gettach? – Użył tego niepoprawnego słowa. Nawet młody brat Maksencjusz skrzywił się, choć przecież pacjenci mogli mówić, co chcieli.

– Salomonie… Z pewnych powodów nie mogliście zostać oświeceni prawdziwym Światłem. Nie wiesz więc, że Jezus Chrystus z Nazaretu, który przyszedł do Izraela za czasów ucisku rzymskiego, był prawdziwym Mesjaszem, zbawcą Ludu i całej ludzkości. Prawdę o Nim przyjęli już niemal wszyscy, nawet twoje córki, z których jedna zdecydowała się służyć Bogu w najpiękniejszy sposób. Nikt, kto pozostaje przed obliczem Pana, nie potrafi odrzucić dobrej nowiny o zbawieniu człowieka…

– Zaraz, zaraz, zaraz… – przerwał mi Szlomo. W jego oczach widziałem błysk mądrości. Nie tej książkowej scholastyki, ale intuicyjnego wyczucia prawdy, jakim często obdarzani są starzy ludzie. Nie bez powodu dali mu na imię Salomon. – To nic dziwnego, że pan naczelnik…

– Brat Andrzej, jeśli można.

– Brat Andrzej mówi takie rzeczy, bo jest brat chrześcijaninem. Że nawet moje córki uwierzyły w tego waszego Chrystusa, to rzecz dziwna, ale ja zaraz dojdę…

– Nie tylko one – zauważyłem. – Wszyscy, których ewakuujemy ze Sztetla.

– Tate, bądź dzielny – poprosiła Ruta. – Stwórca jest wdzięczny, że dotrzymałeś Przymierza, ale teraz poznasz pełnię Jego zamysłu.

– Ale, ale… Skoro to wy macie rację, ale nasz Lud nie, to dlaczego nas nie nawróciliście? – zapytał drżącym głosem starzec. Trafił w samo sedno.

– Rzekł święty Paweł w swoim liście do Rzymian… – wyręczyła mnie Ruta. – „Nie chcę jednak, bracia, pozostawiać was w nieświadomości co do tej tajemnicy – byście o sobie nie mieli zbyt wysokiego mniemania – że zatwardziałość dotknęła tylko część Izraela, aż do czasu, gdy wejdzie do Kościoła pełnia pogan. I tak cały Izrael będzie zbawiony, jak to jest napisane: Przyjdzie z Syjonu wybawiciel, odwróci nieprawości od Jakuba. I to będzie moje z nimi przymierze, gdy zgładzę ich grzechy”.

– Em… tak? – mruknął wciąż zdumiony Szlomo.

– Musisz mi dziś uwierzyć na słowo, potem sam poznasz resztę historii – zapewniłem go. – Mamy takie sprytne urządzenia, które uczą we śnie. Kiedy się obudzisz, poczujesz, że przeczytałeś sto książek w najróżniejszych językach. Ale to potem. Na początku wiedz, że niedawne obserwacje potwierdziły, że Betelgeza, to jest Gwiazda Strzały, w każdej chwili może przejść w stan supernowej. Jest od nas bardzo daleko i dosięgnie nas tylko drobny ułamek promieniowania, ale nasi naukowcy uważają, że to wystarczy, by zniszczyć biosferę Ziemi, bo zapisał Jan w Objawieniu, że „I pierwszy zatrąbił. A powstał grad i ogień pomieszane z krwią i spadły na ziemię. A spłonęła trzecia część ziemi i spłonęła trzecia część drzew, i spłonęła wszystka trawa zielona”. To szczegóły dla astronomów i teologów, ale wiedz, że Bóg nie musi ingerować w Prawa Natury, aby rozpocząć Powtórne Przyjście. Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie więc wycięte i w ogień wrzucone.

Nie zrozumiał, ale przecież założeniem programu było, aby nie rozumiał.

– Niebawem to pojmiesz.

– Ale co to ma do rzeczy? Jaka Betelgeza?

– Koniec świata! Pan nasz powiedział, że przed końcem świata nawrócą się wszystkie ludy pogańskie, ale na koniec Żydzi. No i od niedawna mamy problem… Sztetl jest niemal ostatni. Została kolonia Żydów w Newadzie i mała dzielnica Jerozolimy. Wszystkich izolujemy, strasząc antysemityzmem ludu chrześcijańskiego. Wszystko, aby nie dopuścić do wypełnienie Pisma, niech Bóg nam wybaczy!

– Ale zaraz… jakże to możecie nie mówić nam prawdy? – jęknął Szlomo.

– Powiedział Pan: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.” I my chodzimy, chrzcimy, ostatnio bardzo skutecznie. Waszych ludzi też, ale… – Nie lubiłem tłumaczyć tego faktycznego oszustwa. Jakby nie patrzeć, licytowaliśmy się z Bogiem jak, nie przymierzając, Abraham. Zaiste, chrześcijanie są młodszymi braćmi w interesach. – W waszych ciałach umieszczamy nano… małe maszyny, które ostrzegają przed chorobami i urazami. W Sztetlu pełno jest kamer, takich jak ma pan Stefan, tylko mniejszych. Patrz tutaj. – Wskazałem na jeden z ekranów, na którym widać było ulicę Sztetla, tuż przed pocztą. Żałobnicy już gromadzili się, aby płakać nad świętej pamięci Szlomem. – Nad wszystkim czuwają wyszkoleni ludzie, którzy reagują, gdy komuś grozi niebezpieczeństwo. Rannych i chorych ewakuujemy, a w ostateczności zrzucamy dyżurnego księdza, który chrzci umierającego. Nikt… niemal nikt nie odchodzi bez łaski. – Kiedyś będę musiał się przyznać, że zawiodłem i nie dotarłem na czas z sakramentem do Dawida Mocela, szewca ze Sztetla. I że wszystko, co robię, to pokuta za tamtą porażkę. Kiedyś, ale nie dziś. Dziś Szlomo powinien we mnie widzieć pewnego siebie i skutecznego sługę Bożego. – Oczywiście, nowoczesna medycyna pozwala żyć znacznie dłużej, niż się spodziewacie. Ewakuowani są zwykle leczeni, nasycani nanoidami medycznymi, po czym cieszą się jeszcze kilkoma dekadami życia. Tak będzie i z tobą, bo mamy nadzieję, że przyjmiesz Ewangelię, zachęcony przykładem swoich córek oraz własnymi studiami nad Pismem.

Ruta i Sara siedziały po obu stronach łóżka ojca, a sanitariusz podał mu dwadzieścia miligramów mezopraniny. Spojrzenie ewakuowanego rozjaśniło się. Na chwilę zostawił Betelgezę i Pierwszą Trąbę Apokalipsy, ścisnął dłonie dzieci i patrzył wzruszony na przygotowania do własnego pogrzebu. Bo Sztetl kochał zmarłego Szlomo Wejsena, czemu dawał wyraz głośnymi lamentami.

Golem wyglądał jak żywy Szlomo, a właściwie: jak martwy Szlomo. Zespół mimetyczny sprawił się doskonale, nikt nie podejrzewał podstępu. Ewakuacja Salomona Wejsena nie była łatwa, ale można było uznać ją za sukces. Utrzymując Sztetl, ratowaliśmy ludzkość, zaś teraz wszyscy walczyliśmy o duszę mojego przyjaciela. Miałem jednak wrażenie, że ta bitwa też niebawem rozstrzygnie się na naszą wspólną korzyść. Zostawiłem staruszka z dziećmi, a sam ruszyłem do kontroli Strefy.

Po drodze spotkałem Izaaka Brunberga, świętej pamięci rabina Sztetla, obecnie jezuitę. Stare nawyki Żyda jednak nie zginęły, bo ojciec siedział na balkonie i palił fajkę, nucąc jakąś klezmerską nutę. Podszedłem do niego.

– Szczęść Boże, bracie Andrzeju!

– Szczęść Boże! – odparłem. – Widział ojciec wszystko?

– Tak, zaraz z nim porozmawiam, niech tylko się uspokoi. Dobra robota – ocenił. Milczeliśmy chwilę, patrząc na piękne pola owsa. – Musisz odrzucić przeszłość, bracie. Na ten jeden wypadek udało ci się setki razy!

– To dobre pocieszenie dla mnie, gorsze dla Dawida Mocela – odparłem. Nie zapomnę o mojej słabości do końca życia. Może Bóg wybaczy mi, może uzna dobroć Dawida, chrzest pragnienia i wierność staremu Przymierzu. A może obaj jesteśmy zgubieni. – Co słychać u ojca? – zapytałem w końcu.

– Ciężko – odparł. – Chcą mnie zrobić biskupem i erygować diecezję dla ewakuowanych. Tak trzeba, ale ja za stary już jestem. Musicie zabrać kogoś młodszego.

– Ale ojciec się do tego świetnie nada!

– Może i tak – mruknął jezuita, pykając fajeczką. – Służba Boża to ważna rzecz, ale wolałbym pełnić ją tutaj. Wiesz, Andrzeju, ja wciąż tęsknię do naszego Sztetla.

Adam Podlewski

Lipiec 2015

Tekst pochodzi z 81 nr kwartalnika „Fronda Lux”. Zobacz SPIS TREŚCI. Numer pisma można kupić TUTAJ.

Dla studentów mamy specjalną ofertę: „Fronda Lux” tylko za 10 zł. Wystarczy przesłać skan legitymacji studenckiej. Więcej informacji na ten temat znajdziecie TUTAJ.