ZBIGNIEW ŁAGOSZ – REGUŁY NA CZAS CHAOSU [recenzja]

Gdy byłem młodym, szesnastoletnim człowiekiem, miałem już swoje zasady. Zamykały się one co prawda w mało eleganckiej językowo formie, ale były naówczas moim życiowym drogowskazem. Zacytuje je, choć się ich części dziś wstydzę, bowiem życiowe doświadczenie pokazało mi, iż miarą naszej inteligencji jest także kultura osobista. „Trzymaj się prosto i czysto, tęp frajerstwo i nie ufaj nawet własnej koszuli”, brzmiały owe, a ta mało przecież wysublimowana architektura filozoficzna mająca kształtować (i poniekąd kształtująca) me jestestwo, wykruszała się z każdym kolejnym rokiem mojego życia. Właściwie z całego tego anturażu znaczeń pozostało mi tylko trzymanie się czysto, i choć z zaufaniem też miałem (zwłaszcza w dzisiejszym świecie) kłopoty, pojąłem, że nie można bez niego się obyć, choćby w ojcowskiej miłości do córki, którą obdarzył mnie świat.

Znamienne, iż życie według zasad jest – przynajmniej w mej opinii – zdecydowanie trudniejsze. I nawet przyjęcie, jako egzystencjonalnego motta dewizy „żyj bez zasad” jest przecież zasadą, którą jak mniemam, nie jest łatwo w swej konsekwencji utrzymać. Co jednak gdy ktoś z zasady np. nienawidzi kobiet, lub też najpierw bije, potem wyjaśnia? Tu w sukurs przychodzi psychoterapia lub też… niezawodny Tomasz Stawiszyński.

W historii dziejów już wielokrotnie rodziły się reguły mające w swym założeniu pomagać istocie ludzkiej w pokonywaniu bolączek otaczającego ją świata. Dość przypomnieć Musashiego Miyamoto i jego zwój kaligrafii Dokkōdō czy słynną Desiderate Maxa Ehrmanna. Każd z powyższych w pewien sposób zawiera w sobie najnowsza pozycja Stawiszyńskiego pt. Reguły na czas chaosu. Zawiera, a jednocześnie nie zawiera, bo przecież autor to już tęgiej klasy filozof, zatem i jego reguły to jak sam przyznaje w żadnej mierze poradnik (choć niesie w sobie „rys funkcjonalny”), a jeśli już to antyporadnik. By jednak zasady mogły funkcjonować (mimo swej pewnej uniwersalności), muszą odnosić się do czasów i problemów, w jakich powstają. Nikt bowiem w czasach wzmiankowanego tu Miyamoto nie myślał przecież o zagrożeniach, jakie płyną ze strony mediów społecznościowych, systemów totalitarnych czy innych współczesnych nam tylko w tej chwili niebezpieczeństw.

Układa, zatem autor 11 reguł (nie daj się uwieść apokalipsie; ogranicz używanie mediów społecznościowych; przestań się oburzać; nie ulegaj polaryzacji; żyj w niezgodzie ze sobą; kieruj się racjonalnością, a nie tożsamością; nie podążaj „ścieżką serca”; przedkładaj myślenie nad działanie; czytaj książki; nie szukaj pewności; memento mori), wypływających z jego namysłu nad otaczającym nas światem i zapewne własnym z tym światem zderzeniem. Czuć bowiem w każdej linijce ksiązki głębokie zastanowienie, przefiltrowane przez sito wiedzy, jaką ludzkość nabyła w pryzmacie filozofii, psychologii, nauk społecznych, ale też i technologii.

Już na początku czytelnik informowany jest, iż „wystarczy zresztą pobieżny rzut oka na spis treści, żeby zorientować się w charakterze zebranych w nim reguł. Poza nielicznymi wyjątkami mają one formę apofatyczną. Sugerują więc raczej, czego nie robić, i dają niewiele jednoznacznych wskazań. Taka forma – nawiązująca oczywiście do sokratejskiego dajmona, owej tajemniczej siły, która powstrzymywała ateńskiego mędrca przed rozmaitymi działaniami, nigdy zaś nie podpowiadała mu gotowych rozwiązań – wynika z mojego głębokiego przekonania, że nie istnieją dziś żadne bezwzględne recepty, żadne oczywiste rozwiązania, że nie ma prostych odpowiedzi na trudne pytania. Żyjemy w świecie – sporo o tym na kartach tej książki piszę – który wypadł z ram”[1]. Autor zdecydowanie ma w tym (jak i w innych) punkcie rację. Nie tylko baczny obserwator rzeczywistości, ale też jej najzwyklejszy odbiorca widzą, że ramy świata już od jakiegoś czasu przestały go obejmować, odwracając i po części niszcząc ustalony ład i porządek. „Dwudziesty pierwszy wiek zaczął się od ataku na World Trade Center w 2001 roku, po którym nastąpiły kolejno fiasko operacji w Iraku i kryzys finansowy. Do tego doszła rosnąca świadomość fatalnych zmian klimatu, a wreszcie wybuch pandemii koronawirusa oraz wojna w Ukrainie. Tak oto w miejsce poczucia stabilności i przewidywalności pojawiła się niepewność; w miejsce struktury, w ramach której młodsze pokolenie wypracowuje sobie lepszy byt niż starsze, pojawiło się reaktywowane po latach punkowe hasło no future; w miejsce zaś przekonania, że pewien poziom dobrobytu oraz cywilizacyjnego postępu trwale wyeliminował przemoc – przenikającą całe dotychczasowe dzieje ludzkości – przyszła konfrontacja z ponurą i przerażającą rzeczywistością konwencjonalnej wojny wywołanej przez konglomerat cynicznych kalkulacji i wielkościowej mitologii”[2]. Przyznać należy, że obecnym użytkownikom życiowej przestrzeni dostał się system całkowicie rozregulowany, wypluwający z siebie ogrom zagrożeń, o których eksploatator myślał, że już dawno sobie z nimi poradził. Nie tylko nie poradził, ale to przecież on (człowiek) go rozregulował – konstatuje Stawiszyńki i próbuje w sposób niezwykle wręcz elegancki wskazać w żadnej mierze nie receptę na kalibrację otoczenia, a bardziej zestaw dostosowawczy. I z jednej strony jest to zabieg jak najbardziej konieczny, a z drugiej świadczący o bardzo słabej kondycji współczesnej rzeczywistości. Autor jakby poprzez ów zestaw dostosowań zdaje się – być może odbieram to błędnie – wskazywać, że całkowita naprawa systemu jest jednak niemożliwa.

Stawiszyński niezwykle trafnie definiuje przyczyny tychże deregulacji. Jedną z nich definiuje w następujących słowach: „Nieustanna oscylacja pomiędzy tym, co jest, a tym, co być powinno, pomiędzy faktycznością naszego doświadczenia a rozmaitymi nieosiągalnymi wzorcami, jest cechą charakterystyczną współczesności. Transmiterami tych wzorców są zarówno popularne narracje rozwojowo‑terapeutyczne, jak i przekazy marketingowe pełne harmonijnych i cukierkowych wyobrażeń życia. Ale ich źródło znajduje się znacznie głębiej. Leży ono gdzieś w samej ekonomiczno-społecznej strukturze naszego świata, w którym monetyzacji uległy już bodaj wszystkie obszary ludzkiego doświadczenia, podstawową zaś powinnością każdej jednostki pozostaje wprawianie rynkowej machiny w ruch”[3]. To właśnie to całkowite sprzedanie wszelkich (wydawałoby się trwałych) wartości jest jedną z przyczyn obecnego stanu rzeczy. Zatarł się niemal bez reszty podział na sacrum i profanum. Im więcej w przestrzeni skandali, promocji bylejakości czy wręcz idiotyzmu, tym lepiej, tym większa bowiem „klikalność”, a przez to spieniężenie, czyli zysk.

Jest jednak światełko w tunelu, które wykazuje Stawiszyński, i co ciekawe, jest nim niezmiennie nauka, cierpliwość, empatia i wewnętrzna dyscyplina. Jest też coś jeszcze bardzo ważnego, coś, co szeroko wpajany nam kult ciała i niemalże nieśmiertelności celowo ruguje z naszego rozumowania. Jest tym zapomniana: „Permanentna świadomość skończoności i śmiertelności – nie tylko własnej, ale w ogóle wszystkiego, co żyje (a w dalszej kolejności po prostu wszystkiego, bo przecież nawet nasza galaktyka w końcu przestanie istnieć) – [która –Z.Ł.] w gruntowny sposób modyfikuje nasze postrzeganie rzeczywistości”[4]. Reguły na czas chaosu to bezsprzecznie pozycja obowiązkowa.


[1] T. Stawiszyński, Reguły na czas chaosu, Kraków 2022, s.17.

[2] Ibidem, s. 31.

[3] Ibidem, s. 188.

[4] Ibidem, s. 221.