Henryk Hoser: Nie potrafię opowiadać dowcipów na żądanie

Z abp. Henrykiem Hoserem rozmawia Adrian Sinkowski

Dla wielu ludzi Kościół jest przestrzenią wolności, nie opresji. W nim czują się akceptowani, tu się odsłaniają. To naturalne przyciąganie, tym bardziej że patriotyzm wpisuje się w historię biblijną – wystarczy spojrzeć na przywiązanie narodu wybranego do Kanaan, marnego skrawka ziemi, który proklamowano jako krainę mlekiem i miodem płynącą. Ani w nim za wiele miodu, ani mleka.

Nie jestem zbyt elokwentny. Będę odpowiadał krótko.

Wierzę, że przemawia przez Arcybiskupa skromność. Bogumił Łoziński napisał na odwrocie książki Bóg jest większy rekomendację, z której można się dowiedzieć, że jest Arcybiskup wybitnym intelektualistą. Intelektualista bez elokwencji – to chyba kamuflaż?

Można mimo wszystko dużo powiedzieć, mówiąc mało. Mam myślową strukturę ukształtowaną przez wieloletnią formację medyczną. Medycyna charakteryzuje się tym, że nie używa żadnych niepotrzebnych słów. Dlatego wyrażam się stosunkowo zwięźle. Nie mam stylu kwiecistego, rozbudowanego, literackiego, z wieloma przymiotnikami, które mówią to samo. Nie używam tautologii. Co więcej, nie używam również wielu synonimów, ponieważ są to słowa zbędne w reżimie twardej nauki. To powoduje, że moje wypowiedzi są krótsze, ale nie oznacza to, że nie są treściwe. Staram się coś powiedzieć, zakomunikować i przekazać w tej wypowiedzi.

Ks. Adam Boniecki opowiadał, że był świadkiem, jak dziecko zrobiło w pociągu rodzicowi siku na kolana. Boniecki, jak przyznał, żałował w duchu, że są sytuacje, których on, kapłan, nie doświadczy i po ludzku tego żałuje. W sercu Arcybiskupa pojawiło się kiedyś podobne pragnienie?

Czy pragnąłem, aby dziecko zrobiło mi siusiu na kolana – o to pan pyta? Badając dzieci jako lekarz doświadczyłem tego wiele razy.

A może pyta pan, czy dopuszczanie do siebie myśli, które kłócą się z powołaniem, to grzech? Jeżeli są to spontaniczne myśli, to jest to dopiero surowiec. Bóg dał nam sumienie, ono jest sądem. Przyglądając się myślom, szukamy w sumieniu perspektywy Boga, aby potem samemu móc decydować, czy myśl jest dobra, czy zła. To sprawa sumienia. Borykamy się z wieloma fantazjami, lecz jest to, powiadam, surowiec do obróbki, można go przyjąć albo odrzucić.

A ks. Boniecki na pewno wie, że kapłaństwo jest powołaniem do ojcostwa i tę rolę powinien wypełniać. Jednak ojcostwo nie sprowadza się wyłącznie do tego, że dziecko nasika na spodnie. Tęsknota za ojcostwem, za byciem biologicznym ojcem, jest w kapłaństwie bardzo silna. Pamiętam, że gdy decydowałem się na wstąpienie do nowicjatu, a byłem wtedy lekarzem, ta tęsknota oddziaływała na mnie na tyle mocno, że gdy słyszałem głos dziecka na ulicy, odwracałem się odruchowo, bo zdawałem sobie sprawę, że nigdy dziecka mieć nie będę. To ofiarowuje się Bogu. To jest wiano, które się wnosi.

Arcybiskup jest od roku bodaj najbardziej aktywnym medialnie hierarchą w Polsce. Znajomi mówią o Arcybiskupie: introwertyk. Jedno z drugim się nie kłóci?

Po pierwsze, nie jestem medialny. No, chyba że medialny inaczej (śmiech). Wcale nie chodzę często do mediów, za to media często o mnie mówią. Po drugie, tego „introwertyka” znajomi wzięli ode mnie, sam się tak określam. A czy to się kłóci? To krzyż, który trzeba nieść. Owszem, mam czasem pokusę, aby znaleźć się w ustronnym miejscu, nieco odpocząć. Jednak nie odrzuciłbym wszystkiego w zamian za ciszę, to dezercja. W seminarium ojciec duchowny powtarzał nam: Jesteście żołnierzami Chrystusa, a żołnierz nie ucieka z pola bitwy. Wiele mnie to kosztuje, zwłaszcza mnie, introwertyka, ale z drugiej strony jest to wpisane w moją misję. Im misja jest większa, tym większe cierpienie ze sobą niesie.

Gdy wpisałem nazwisko Arcybiskupa w wyszukiwarkę Google, na szczycie pojawia się informacja, iż boi się Arcybiskup pytań Wojciecha Tochmana na temat ludobójstwa w Rwandzie.

Nie boję się. Tych pytań, na które Wojciech Tochman nie otrzymał odpowiedzi, nigdy nie zadano w mojej obecności. Przyszedł do mnie w ramach normalnej audiencji, twierdząc, że planuje podróż do Rwandy i ma w planach napisanie reportażu. Zadawał bardzo ogólne pytania. Ja natomiast o Rwandzie zawsze wypowiadam się bardzo ostrożnie, w końcu wiele moich sióstr i braci, wielu przyjaciół tam zostawiłem. Rwanda jest dzisiaj państwem policyjnym, wyposażonym w rozbudowaną strukturę policyjną, społeczeństwo pozostaje pod presją i jest inwigilowane na każdym kroku. Inspiracją Tochmana była historia sfrustrowanego księdza, który szczerze pragnął zostać biskupem, lecz nigdy to nie było mu dane, obraził się, tłukł się po Włoszech i zaczął wylewać żale, pisząc, niestety, najrozmaitsze paszkwile, a to na biskupów, a to na Kościół. Przypisał mi fałszywe wypowiedzi. Sęk w tym, że w czasie ludobójstwa byłem poza Rwandą. Tochman sugeruje, że wyjechałem zaraz przed dokonaniem zbrodni, co jest nieprawdą. Rwandę opuściłem na mniej więcej rok przed tragedią, miałem wtedy rok szabatowy, a wróciłem miesiąc po niej.

„Newsweek” oskarżył mnie, że jestem mającym krew na rękach zbrodniarzem wojennym. Byłem rzekomo współorganizatorem ludobójstwa w Rwandzie. To jest obelga dużego kalibru. Wydaje się tak niedorzeczna, że nie sposób się przed nią bronić. W chwilach, gdy na swój temat słyszę kłamstwo, pomagają mi modlitwa i wiara. Bardzo krzepiąca jest świadomość, że nie działam sam i na własną rękę, lecz przede wszystkim w imieniu Tego, który mnie posłał.

Przygotowałem dla Arcybiskupa zabawę.

Zabawa? Słucham.

Proszę: ulubiony dowcip?

Och, nie potrafię opowiadać dowcipów na żądanie.

OK, to nie od humoru zacznę, ale od języka. Zna Arcybiskup znaczenie słów: gimbaza, leming albo suchar? Ewentualnie: czy wolno nimi tłumaczyć Biblię, tak jak przetłumaczono kiedyś Pismo Święte na język hip-hopu?

To nie jest, według mnie, dobra droga. Biblia jest tekstem sakralnym. Oczywiście, należy go aktualizować, bo na przykład tłumaczenie Jakuba Wujka na bazie XVI-wiecznego języka, który wyszedł z użycia, wydaje się dzisiaj ociężałe, tyle że aktualizowany język musi być godny, dostojny, literacko poprawny, a przede wszystkim wierny oryginałowi. Robienie z Biblii hip-hopu jest sprowadzaniem tekstu świętego do skrajnego profanum.

Inną drogą jest to, co robi, tudzież jak robi, kard. Gianfranco Ravasi, wrzucając teksty Ewangelii na Twittera. Proszę zobaczyć, nie tyle nie narusza się w ten sposób głębi zdań, ile udowadnia, jak mocno są one skondensowane. Czy nie jest to wyciągnięcie w stronę młodzieży tyczki? Oby informacja, iż Biblia zbudowana jest z tweetów, zachęciła młodych, aby szukali ich w Ewangelii. Na przykład tak zwany agrafon, gdzie św. Paweł cytuje wypowiedź Jezusa, której próżno szukać w Ewangelii: więcej szczęścia jest w dawaniu, niż w braniu. To chyba tweet, prawda?

Oczywiście. Iron Man, Terminator, Hobbit albo Piraci z Karaibów – Arcybiskupowi mówią cokolwiek te tytuły?

Tak, to są tak zwane filmy kultowe. Są popularne w dużej mierze przez dwa czynniki. Pierwszy to niewątpliwie czynnik mody, który szeroko się udziela. To jest must have, który trzeba zrealizować, żeby w towarzystwie być na topie. Z drugiej strony są to filmy, które bardzo eksploatują stronę wyobrażeniową i afektywną. Silne afektywne przeżycia poprzez ukazanie kontrastów, zaskakujących sytuacji, znakomite efekty. One współtworzą kulturę masową, kanon estetyczny, filmowy i wizualny. Dzisiejsza kultura jest w coraz większym stopniu wizualna. To nie jest już kultura słuchania czy czytania. Chrześcijanie i katolicy, którzy kierują się prawdą i mądrością, powinni kształtować pozytywnie kulturę masową. Kultura masowa jest faktem społecznym, istniała od zawsze, a nasza odpowiedzialność wobec niej wydaje się ogromna. Powinniśmy podnosić ją na wyższy poziom, a nie ściągać w dół.

Dalszy ciąg tekst w kwartalniku “Fronda Lux”, nr 76.