MARTA KUŁAJ – GDZIE CZUĆ ZAPACH ŚMIERCI. O „BARABASZU” PARA LAGERKVISTA I NIE TYLKO

            „Dziwne jest to, co ja mam teraz w oczach. To nie jest nawet czerń. To kolor pustki.”

                Z. Herbert, Rekonstrukcja poety, [w:] Dramaty, Warszawa 2008, s. 86.

To nie jest opowieść o tym, jak filozofia (po)radzi(ła) sobie z kwestią istnienia człowieka. To jest opowieść o tym, co nieobce, ale i nie przez każdego chciane. To opowieść o stawaniu się i o poszukiwaniu wiedzy o tym, „czym” jest człowiek. Właśnie tak – „czym”, a nie „kim”. Indywidualnie i po swojemu. Niepowtarzalnie. Jeden tylko raz.

            A w tym wszystkim nie bez hamletowskiego dylematu, który każdy, mniej więcej, zna. Jak własne bolączki. Bóle krzyża i głowy. Gdzie niezależnie, od czego wyjdziemy i jaki będzie punkt docelowy, droga przebiegnie tą samą krainą – w dzianie się wpisana tożsamość. Od krzyku do krzyku. Ostatniego.

*

W przemowie noblowskiej PärLagerkvist nie snuł teorii. Przytoczył historię, napisaną dużo wcześniej – mit o ludziach, opowieść o wychodzeniu ze świata cienia i do niego powrocie. O ruchu, który właściwy naturze. Na planie koła. Na planie człowieka. Dwoje przybywa z krainy, którą dobrze zna, do nowej, do której dopiero musi się przyzwyczaić, musi ją w sobie oswoić. Rozpoczyna się życie zwykłe, ze zwykłymi „rekwizytami”: domem, pracą, potomstwem, staraniem usilnym o utrzymanie tego, co się stworzyło, z bólem towarzyszącym zgonowi i z przyzwyczajaniem następnego do tego, co ma, bo musi, nadejść. Kiedy rodzice odchodzą, ci, którzy zostają, rozpoczynają życie nowe, w nowej krainie, wiedząc wszakże doskonale, dokąd ich droga wiedzie, że będzie to powrót do krainy, z której przyszli i do której udali się już ich przodkowie. Snujące się w opowieści jak mgła niejasne poczucie chwilowości jest jak choroba, która trawi i nie pozwala dojrzeć spokoju. Nawet nie poczuć czy zaznać. Dojrzeć właśnie. I jedynym motorem ludzkości zdaje się miłość – w jakiejkolwiek formie. Do czegokolwiek. Miłość czysta i brudna, miłość zbrukana i odkupiona, miłość utracona i której jeszcze się szuka. Tylko ona zmusza do czegokolwiek. Do życia.

            Tyle pokazuje ta historia.

            A potem, nieco tylko dalej, jest powieść jak jedna z przypowieści biblijnych snuta, od upadku do upadku, od jednej znalezionej odpowiedzi do kolejnej. A pytanie i tym razem nie zostanie jasno sformułowane, autor każe nam się domyślać, męczy nas tym, torturuje, do trzewi sięga i wyciąga z nich to, co tam jest, ból sprawiając. Ale to nieważne. Taka jest cena.

            Od śmierci się zaczyna i na śmierci skończy.

            Stawka jest wysoka – jaka będzie.

            *

            hodie

            Na szczycie góry trzy krzyże. To nie sen. Jeśli się odwrócić, z tamtej strony, gdzie mniej osób, urwisko. Można spaść, można w dół się stoczyć, trzeba uważać, a o zawrót głowy, gdy się patrzy na krzyż środkowy, najwyższy, nietrudno. Taka wizja-nie-wizja, a rzeczywistość, w mieście turystycznym, w którym ludzi mnóstwo, mnóstwo tych, którzy zdjęcia robią, pod krzyżem, z krzyżem, obok.

            Stoję i patrzę na wszystko i wszystkich. Na puste krzyże – symbole. Zdjęcia nie robię. Nie przywykłam. Nie wiem, po co.

            *

            vita

            Co stało się z Barabaszem? Jeśli istniał, jedno jest pewne: umarł.

            Jak?

            Jak żył i jak umarł? Czy tożsamość dwóch postaci, tego, który uratował i tego, który uratowany został, jest bez znaczenia?

            Odpowiedź pisarza jest długa. To opowieść na miarę człowieka, który szuka. I każe swojemu bohaterowi szukać także. To jedna z historii, które chwytają za serce, po ludzku, zwyczajnie, za żołądek wręcz, choć z niejedną miało się do czynienia. Taka historia, w której do końca trzyma się kciuki za bohatera, nawet złego, bo ma się nadzieję, że w końcu się nawróci, bo chce się, w środku, w sercu, żeby się nawrócił i żeby szczęście i jego dosięgnęło, choć i tak wiadomo, że przegra. Że umrze.

            Jak umrze?

            Stawką jest to właśnie, w jaki sposób, z jaką krzywdą dla siebie. Z jakim zyskiem dla siebie.

            Tak mogło być.

            Właśnie tak, jak ujął to Pär Lagerkvist. A mogło być zupełnie inaczej.

            Jego przydomek brzmiał Bar-Abbas, „Syn Ojca”. Kim był? Synem rozbójnika i Moabitki, przeklętym jeszcze w łonie matki przez nią samą? Ojcobójcą, rozbójnikiem, mordercą?

            To mogło być tak.

            Jest, był człowiekiem. Jeśli był.

            W Biblii o nim mało. W Ewangeliach. Ale to historia znana. Tam jego rola jest określona. I ona staje się kanwą wielu innych. W nich jest bohaterem historii, której w rzeczywistości może nigdy nie dostąpił. I może należy właściwie wątpić, czy istniał. „Syn Ojca”. Zatrzymany za wywołanie buntu, uwolniony, bo tego chciał tłum. A na jego miejscu ukrzyżowano kogo innego. Prawdziwy cud.

            Prawdziwie ocalony przez Jezusa.

            *

            amor

            Apokryf Lagerkvista opowiedziany jest językiem trudnym miejscami (w przekładzie Zofii Milewskiej), ale partie, w których autor skupia się na wnętrzu bohatera, wiją się lepiej. To z tamtych słów, plastycznych i przystających do siebie, ulepiony jest Barabasz w rzeczywistości, nie z opisu mechanicznych, fizycznych czynności.

            Jaki jest człowiek? Jak go widzi jego autor? Czego od niego chce i jakie nadzieje lub ich brak w jego skórę wciska?

            Fabuła jest prosta: Barabasz jest świadkiem ukrzyżowania Chrystusa. Jest świadkiem dziwu, o którym inni w mieście, jego towarzysze, zdają się nie wiedzieć.

            On, Barabasz, tak. Nieoczekiwanie go ta nowa znajomość osób i rzeczy przyciąga, nie pojmuje jeszcze, ale zdaje się chcieć „iść za Mesjaszem”. Musi, czuje pragnienie, które zaskakuje jego samego. Po drodze już z Golgoty, już po zdjęciu z krzyża ciała i po pogrzebaniu, po przelotnym spojrzeniu, które padło na niego, Matki, bez nienawiści, a ze smutkiem głębokim, spotyka po drodze kobietę zwaną w historii „Zajęczą Wargą”. I to ona, obok Jezusa, staje się, chwilowo, osią czasu. Osią historii. Jednym z jej kół zamachowych. Historii życia Barabasza.

            Dalej wypadki toczą się same: Barabasz nie jest w stanie znaleźć ukojenia, stare znajomości, kontakt cielesny z Grubą, nawet powrót w góry i chwilowa kontynuacja dawnego trybu życia, zbrodnie – zdają się być poza nim. Jest coraz bardziej martwy, jakby zarażony śmiercią, którą poczuł w chlebie podanym mu przez człowieka przywróconego do życia przez Mesjasza. Tego, którego pyta, jak tam jest, w krainie śmierci.

            To smutna historia. Inaczej być nie może. Historia wiary, która nie znajduje swojego ukojenia, zmaterializowania, nie w ten sposób, w jaki człowiek oczekiwałby – ziemski. Historia braku nadziei, jej poszukiwania.

            Od historii Barabasza jeszcze bardziej jednak przejmuje los kobiety z zajęczą wargą: dojmujące jej cierpienie, wygnanie z domu, cierpienie matki ukrytej przed wzrokiem tego, który córkę wyrzucił. Jeszcze nie wiemy, za co. Dowiemy się za chwilę. I tego, jaki związek ma z tym Barabasz.

            Lagerkvist jest bardziej czuły, gdy mówi o niej. Niemal od początku wiadomo, że kobieta umrze. Już teraz, w nędzy, w takiej samej, w jakiej żyła. Nie zmieni się nic. Jak żebraczka, z Jezusem, który jedyny nad nią się lituje. Takie będzie miała widzenie ona, tuż przed śmiercią.

            Zanim jednak tak się stanie, z Barabaszem styka się raz jeszcze, tam, gdzie ma się dokonać cud. Przy grobie Jezusa, po cudzie, którego Barabasz ostatecznie nie doświadczył, który przeoczył i co do którego ma wątpliwości. Ale nie przelewa ich na Zajęczą Wargę. Ona dość już się wycierpiała z jego winy. Mają nadzieję, każdy inaczej, na swój sposób, a jednak coś ich łączy: jest to nadzieja bardzo ludzka. Na rzeczy małe, na to choćby, żeby nadziei nie stracić, nie uronić. Bo pierwszy raz zdarzyło się coś dobrego w ich plugawym życiu. I idą za tym jak za smugą światła.

            Dopiero z opowieści ślepca, który donosi Sanhedrynowi na kobietę świadczącą o boskości Jezusa, dowie się czytelnik, że jest ona nieczysta, że miała dziecko, które zabiła. Ginie ukamienowana. A ciąg dalszy na jej temat, ale w kontekście tego, co już się stało, poznamy, gdy Barabasz zdecyduje się ocalić to, co z niej zostało – jej ciało: powiedział, kiedyś, dawno temu, że ją kocha, łżąc, po to tylko, by mu się oddała. A potem, gdy umiera, zanosi jej ciało i składa w grocie, w tym samym, w którym już inne leżało – ciało dziecka, urodzone martwe.        

            Barabasz siada potem i patrzy przed siebie, w noc, czując, jakby był już w krainie śmierci.

            Nie widzi nic.

            *

            mors

            Bohaterowie Lagerkvista są na wskroś samotni. Do szpiku kości, do ostatniego uderzenia serca. I winni.

            Wina jest dojmująca, jest apriorycznie wpisana w ich istnienie, jakby się z nią zrodzili i z nią umrą, bo taka jest natura człowieka, materii, z której został stworzony. Na nic filozoficzne tłumaczenia, na nic teoria teodycei. Człowiek cierpi wbrew nim i pomimo nich. Cierpi. Zwyczajnie.

            Nie ma tu cudu na miarę Biblii (poza tym, co już się dokonało). Jest tylko cud znalezienia uczucia tam, gdzie człowiek się nie spodziewa. Cud ludzki, na ulicy, wśród brudu, odpadków i beznadziei.

            Barabasz jest naprawdę człowiekiem, za którego Jezus umarł na krzyżu. Tę świadomość Barabasz ma. Zyskuje jednak coś więcej – wiedzę inną, głębszą. „Królestwo śmierci jest niczym. Ono istnieje, ale jest niczym” – mówi mu ten, którego Jezus ożywił, a potem dodaje „Ale dla tego, który w nim był, wszystko inne jest już także niczym” (s. 48).

            *

            fides

            Czy Barabasz wierzy?

            Bardziej zazdrości tym, którzy wierzą i, jak wyznaje przed urzędnikiem, uwolniony z kaźni w kopalni, nosi znak Chrystusa, bo c h c i a ł b y wierzyć.

            Barabasz ociera się o wiarę, odkąd zszedł z Golgoty tamtego wieczoru, ociera się o tych, którzy wierzą i chce z nimi być. To jego dramat.

            Dramat tym większy, bo gdy już wydaje mu się, że uwierzył, wierzy źle, w szaleństwie sądząc, że to chrześcijanie, dla swojego Boga, chcą spalić Rzym. Rzuca się, by dokonać aktu zniszczenia, w rzeczywistości służąc panu na ziemi.

            I ginie ukrzyżowany.

            Nim jednak do tego dochodzi, jak dojść mogłoby już na Golgocie, musi przebyć całą drogę, wrócić do punktu wyjścia, ale inaczej, w innym wymiarze. To, co było mu pisane, nie ominie go i tak.

            Ominie go tylko śmierć pusta.


Bibliografia:

P. Lagerkvist, Barabasz, przeł. Z. Milewska, Warszawa 2000.