Przemysław Dakowicz: Pożegnanie w gabinecie luster

Dzieje Witkacego, niejako wbrew jego woli, wpisują się we wspólną linię polskiego losu, jego życie i śmierć sytuują się w samym centrum doświadczenia zbiorowości.

Na szyi miał małą rankę czerwoną wielkości wiśni – to krótkie zdanie ze wspomnień Czesławy Oknińskiej-Korzeniowskiej, jedynego świadka ostatnich chwil życia Stanisława Ignacego Witkiewicza, wywołuje z pamięci inne zdanie, zapisane przeszło sto lat wcześniej, fragment kwestii Kobiety z ostatniej sceny Dziadów drezdeńskich: Jedną ranę miał na czole, / Jedną tylko i niewielką, / Zda się być czarną kropelką. Na słowa Kobiety odpowiada Guślarz, razem z nią obserwujący sznur kibitek pędzących na północ: Ta największe sprawia bole; / Jam ją widział, jam ją zbadał; / Tę ranę sam sobie zadał, / Śmierć z niej uleczyć nie może.

Już samo zestawienie fragmentów o rance czerwonej wielkości wiśni i o ranie […] na czole, co zda się być czarną kropelką może się komuś wydać niestosowne. Będę bardziej bezczelny – sformułuję tu pytania, które nie dają mi spokoju: czy Witkacego, który 18 września 1939 roku, na wieść o wkroczeniu w granice Rzeczypospolitej wojsk sowieckich, popełnił samobójstwo, można by – z jakichkolwiek względów, pod jakimkolwiek pretekstem – nazwać Konradem XX wieku? Czy on, autor Nienasycenia i Niemytych dusz, ma coś wspólnego z bohaterem Mickiewiczowskiego arcydramatu?

Deformacja jako szansa

Odpowiedź wydaje się prosta. Nie – Witkacy to pisarz, którego polski patriotyzm insurekcyjny mierzi, który całą swoją artystyczną aktywność koncentruje na problemie relacji między twórczą jednostką a współczesną cywilizacją, to katastrofista dostrzegający i trafnie diagnozujący mechanizmy schyłkowe obecne w kulturze europejskiej. Spojrzeniem swoim obejmuje perspektywę szerszą, daleko wykraczającą poza partykularne interesy Polski, poza geopolityczne uwarunkowania jej państwowego bytu. Słowem – marny to materiał na bohatera zbiorowej wyobraźni.

Mimo wszystko nie opuszcza mnie przekonanie (precyzyjniej: intuicja), że we wrześniowej ucieczce Witkacego i Czesławy Oknińskiej z Warszawy, w ich kilkunastodniowej tułaczce, a następnie w próbie samobójczej przez nich podjętej, zakończonej śmiercią autora Pożegnania jesieni, że we wszystkich tych wydarzeniach możemy się przejrzeć, że mogą się one stać dla nas niczym zwierciadła w gabinecie luster. Deformując rozmaite fragmenty obrazu, wydobywając na plan pierwszy szczegóły pozornie mniej istotne, zaburzając relacje między elementami – pozwalają nam one ujrzeć z odmiennej perspektywy klęskę 1939 roku, innych narzędzi użyć do jej opisania i zrozumienia.

Z drugiej strony – osobiste dzieje Witkacego, niejako wbrew jego woli, wpisują się we wspólną linię polskiego losu, jego życie i śmierć sytuują się w samym centrum doświadczenia zbiorowości. Jakby na potwierdzenie tezy, że w tej części Europy niemożliwa jest wolność od dziejowych przeznaczeń, że jednostka – choćby nie wiadomo jak konsekwentnie próbowała wyzwolić się od myślenia historycznego – na koniec zawsze zostanie złowiona w pułapkę historii, płacąc, jak inni, najwyższą cenę.

Czarny grzebyk

W czerwcu 1939 roku Stanisław Ignacy Witkiewicz przebywał w Augustówku koło Grodna, w posiadłości Nadziei z Druckich i Maurycego O’Brien de Lacy. Został tam zaproszony przez żonę gospodarza, pisarkę i aktywną uczestniczkę życia kulturalnego II Rzeczypospolitej, chętnie goszczącą najważniejszych polskich artystów. Na piętrze augustowieckiego dworku zorganizowano dwa urocze pokoje gościnne o niskich drewnianych sufitach i podłużnych oknach, co czyniło je podobnymi do kabin okrętowych. Jeden z nich zajmował w czerwcu 1939 roku Witkacy (przed nim bywali tu Witold Hulewicz, Irena Tuwim z mężem, dyrektor wileńskiej biblioteki Łysakowski i Jan Parandowski).

Muszę przyznać, że pobyt Witkacego w Augustówku był dla mnie ciężką próbą – pisała po latach Nadzieja Drucka. – Uprzedzano mnie, że wizyta ta musi się skończyć kłótnią i zerwaniem stosunków. Ponieważ bardzo wysoko ceniłam Witkacego i dumna byłam z jego rzekomej przyjaźni, byłam cały czas w napięciu, uważałam, by niczym go nie dotknąć – z drugiej jednak strony, znając już wysokie walory jego umysłu, zżymałam się na jego „wygłupianie się” wobec licznego towarzystwa zgromadzonego u nas na wsi. Wśród najbardziej ekstrawaganckich zachowań autora Nienasycenia wymienia Drucka powtarzającą się przy kolacji scenę z naśladowaniem Hitlera – Witkacy zrywał się od stołu […], przykładał połówkę czarnego grzebyka nad górną wargę, podnosił rękę i zaczynał wrzeszczeć po niemiecku.

W „wygłupach” tych dochodziła do głosu coraz większa obawa Witkiewicza o bieg wydarzeń politycznych w tej części Europy. Już 18 marca pisał do swego przyjaciela i mentora Hansa Corneliusa: Katastrofa światowa przybliża się coraz bardziej. Czy się po niej jeszcze odnajdziemy – jest wątpliwe. W Augustówku (wykorzystuję tu fragmenty relacji Irminy Bajer z książki Siedleckiej Mahatma Witkac) wróżył […] z kart i pisma, […] widział wszystko na czarno. Przewidywał na przykład wojnę, zagładę Europy, pewnego świata, w tym właśnie i ziemiańskiego. Nie wierzył zupełnie, że „jesteśmy silni, zwarci i gotowi. Przed wyjazdem miał powiedzieć gospodyni, że jest u niej ostatni raz w życiu, a na pytanie, czy było mu tu źle, udzielił następującej odpowiedzi: Było mi tu wyjątkowo dobrze, ale wiem to i czuję, że czekają nas złe czasy.

Warszawa Zakopane Warszawa

1 lipca Witkacy opuszcza Augustówek i wyjeżdża do Warszawy. Do Zakopanego wraca kilka dni później razem z Czesławą Oknińską-Korzeniowską. 22 lipca w liście do żony Jadwigi wyznaje: Jestem trochę zdenerwowany polityką.

W nocy z 22 na 23 sierpnia wykonuje pastelami (na bordowym papierze) swój ostatni autoportret (Auto-Vitcatius), który przez część interpretatorów jego plastycznej twórczości uważany jest za świadome pożegnanie artysty z dotychczasowym życiem. Irena Jakimowicz pisze: uderza nie intensyfikacją grozy, ale dziwnym spokojem. Piękna męska twarz […] ma w sobie szczególną prostotę i monumentalność […]. Oczy szeroko otwarte, patrzą już bez przerażenia w przyszłość. Chłodny błękit nieba mówi, być może, o wewnętrznej zgodzie na przejście w rejony wiecznego spokoju. Na interpretację taką mógłbym przystać, gdyby nie fakt, że w spojrzeniu Witkacego utrwalonym na obrazie dostrzegam znacznie więcej niż „zgodę”, wewnętrzny spokój i brak „przerażenia” – jest tu raczej rezygnacja wynikająca z przeczucia (lub nawet: świadomości) tego, co nadchodzi. Spojrzenie to niejako „łowi” odbiorcę w sieć sprzecznych treści, zmusza do reakcji i refleksji. Doszukujemy się w owym ostatnim autoportrecie ukrytego przekazu, znamy bowiem dalsze losy malarza, włączamy wiedzę o czasie i okolicznościach jego śmierci w naszą interpretacyjną perspektywę.

Kolejnego dnia, już po zakończeniu pracy nad obrazem, do Witkacego musiała dotrzeć informacja o podpisaniu przez III Rzeszę i Związek Sowiecki porozumienia o nieagresji. Podobnie jak pozostali Polacy, nie zdawał sobie sprawy z istnienia tajnego protokołu do paktu Ribbentrop–Mołotow, z pewnością rozumiał jednak powagę sytuacji. 24 sierpnia pisał do żony: Jestem dość wytrącony z równowagi syt[uacją] og[ólną] i ogarnia mnie powoli wściekłość i szał bojowy.

Dwa dni później, mimo przepełnienia pociągów odjeżdżających z Zakopanego, jest już w Warszawie. Jako porucznik rezerwy Wojska Polskiego zgłasza się do Rejonowej Komendy Uzupełnień, ale nie zostaje wcielony do armii – przeszkodą okazują się jego wiek (54 lata) i stan zdrowia.

W nieznane

Od 1 września całe dnie spędza nad wielką mapą, którą specjalnie kupił. Studiuje przebieg działań, krytykując nasze posunięcia.

Pracownicy Głównego Urzędu Statystycznego, w którym pracuje jego żona, otrzymują rozkaz przygotowania się do ewakuacji – jej termin wyznaczono na noc z 3 na 4 września. Jadwiga próbuje skłonić Witkacego do wyjazdu, ale on odmawia. Pozostaje w bombardowanej Warszawie.

Rankiem piątego dnia wojny Witkacy telefonuje do swojej kochanki i długoletniej partnerki Czesławy Oknińskiej-Korzeniowskiej, która wciąż przebywa w stolicy. Prosi ją, by zabrała ze sobą torbę i dokumenty i zeszła na dół (czeka na nią w holu PKO, na rogu Jasnej i Świętokrzyskiej, gdzie Czesława pracuje od niemal dwudziestu lat). Kobieta zapamięta go z małą walizeczką w ręce i paltem przerzuconym przez ramię. Był tak zmieniony, że serce we mnie zamarło – takim widziałam go tylko po śmierci jego Matki, którą kochał ponad wszystko, po Berezie – po Brześciu. Na ulicy powiedział, że jedziemy do domu. Jechaliśmy nic prawie nie mówiąc do siebie, tylko mocno trzymał moją rękę – to była jego mowa. Dopiero w domu dowiedziałam się, że wyjeżdżamy – że Umiastowski wydał rozkaz opuszczenia zaraz Warszawy przez wszystkich mężczyzn i że pożegnał się już z żoną Niną, która też wyjeżdża ze swoją instytucją. […] Dowiedziałam się również, że wyjeżdżamy bez dokładnie określonego kierunku.

Widzicie ich? Maszerują warszawską ulicą. A może raczej: są niesieni przez ludzką falę. Na ich bladych twarzach na próżno by szukać oznak zgody na przejście w rejony wiecznego spokoju. Autor Pożegnania jesieni brnie przez złoty polski wrzesień, w jednej dłoni ściskając uchwyt walizeczki, w drugiej drobną, szczupłą dłoń Czesławy. W pewnym momencie przystaje i zadarłszy do góry głowę, długo patrzy w bezchmurne niebo. Małą rankę czerwoną wielkości wiśni na jego szyi dostrzegamy tylko my, którzy znamy zakończenie tej historii.

Zostawmy ich na chwilę. W tym tłumie, w pośpiechu, w pomieszaniu.

Dla nich rachunki jeszcze się nie domknęły. Dla nich przyszłość jest jeszcze otwarta.

II

Przedział pociągu jadącego na wschód Polski. Oknińska opowiadała Janowi Brudnickiemu, że usiedli i zamilkli, jakby zaskoczeni miejscem i swoją sytuacją ludzi już bez domu i nieświadomych celu, w czasie, w którym zacierały się granice zdarzeń, rozmów i spraw ludzkich. Jej wspomnienia opublikowano w piśmie „Kierunki” trzydzieści siedem lat po upływie wydarzeń z września 1939 roku.

Próbuję zrozumieć treść przytoczonego zdania, w którym zawarta jest – tak mi się zdaje – jakaś fundamentalna prawda o ludzkim życiu. Osoby siedzące w przedziale wyrwane zostały przemocą ze swojej codzienności (jej fundamenty usunięto). Przerwaniu uległy związki łączące ludzi, miejsca i sytuacje, sprawiające, iż rzeczywistość jawi się jako uporządkowana i zrozumiała. W jakim kierunku się udać? Co czynić, by nie oszaleć? Jedyna metoda: trzymać się tych skrawków rzeczywistości, które nie uległy anihilacji, dotykać i doświadczać widzialnego świata, póki nie zniknie.

Odbicie w szybie

Tymczasem tkwią w przedziale pociągu do Brześcia (choć może lepiej byłoby rzec: donikąd). Za oknami mgła, lub jeśli wolicie – ciemność. Pociąg wjeżdża w nią, w tę mgłę, w tę ciemność, a ona oplata go, otacza szczelnym kokonem. To nic, że za oknami migają krajobrazy – pola i lasy. To nic, że płachta nieba rozciągnięta jest aż po horyzont. Tego nie ma, to nie istnieje – myślą ludzie w przedziale. – Wszystko jest snem, z którego przebudzimy się z krzykiem. Otworzymy oczy, by spotkać ciemność. Wyciągniemy ręce, by dotknąć próżni. Witkacy, wcześnie postarzały katastrofista (koszmar przezeń wymyślony spełnia się na nim samym), ściska rękę Czesławy, jakby się obawiał, że zdmuchnie go wiatr historii.

Apokalipsa jeszcze się nie dopełniła. Jeszcze mają prawo myśleć, że sprawy jakoś się ułożą – Niemcy zajmą nasze ziemie aż do Wisły, a za linią rzeki zorganizujemy jakiś opór, państwo kadłubowe? W naszej historii tak już bywało. Trwaliśmy mimo przeciwności. Urządzaliśmy się w ciasnocie, żyliśmy na przekór biegowi wydarzeń, przechowując i pielęgnując szczątki dawnego świata.

Witkacy patrzy w okno. Jego twarz odbija się w szybie, odbicie przenika się z tłem. Witkacy obserwuje swój profil. Przez głowę przelatują myśli – nieskładne, chaotyczne. Wspomnienia z odległej przeszłości nakładają się na obrazy z ewakuującego się Zakopanego, z bombardowanej Warszawy, z Augustówka, gdzie spędził dwa względnie spokojne letnie tygodnie. Witkacy poszukuje zasady organizującej. O obliczu świata – teraz przekonuje się o tym dobitnie – decyduje tępa siła, masa, której najżywszym pragnieniem jest wchłonąć jednostkę, odebrać jej zdolność samodzielnego myślenia i decydowania o sobie.

Kalectwo świadomości

Już raz uciekał przed masą, przed jej krwawym gniewem i bezrozumnym okrucieństwem, już kiedyś obserwował ją z bliska. Było to w Rosji, w latach 1917–1918.

Podczas wielkiej wojny pełnił funkcję oficera Lejbgwardii Pawłowskiego Pułku w Petersburgu. Walczył pod Stochodem, został ciężko ranny. Jednemu z przyjaciół opowiadał o straszliwych, wprost niesamowitych paroksyzmach strachu, które przeżywał nieraz pod ogniem w pierwszej linii okopów, albo gdy na pół przytomny ze zdenerwowania, roztrzęsiony jak galareta, prowadził swych ludzi do ataku na niemieckie pozycje. Po rekonwalescencji żołnierze wybrali go „do czwartej roty zapasowego batalionu” Pułku Pawłowskiego (badacze zastanawiają się, czy nie został po prostu komisarzem politycznym). Była to ta sama kompania, która rozpoczęła rewolucję lutową. W Niemytych duszach Witkacy pisał: wiele dał mi do myślenia widok (inaczej nie mogę powiedzieć, bo niestety patrzyłem na to jak z loży, nie będąc w stanie przyjąć w tym żadnego udziału z powodu schizoidalnych zahamowań) Rewolucji Rosyjskiej, od lutego 1917 do czerwca 1918. Obserwowałem to niebywałe zdarzenie zupełnie z bliska. I dodawał, że każdego, kto nie był bezpośrednim świadkiem rewolucyjnego terroru, uważa wprost za nieszczęśliwego kalekę.

Na czym to kalectwo, ta dysfunkcja świadomości historyczno-politycznej miałyby polegać? Sądzę, że, po pierwsze – na niedocenianiu wagi zmian w strukturze społecznej, jakie zapoczątkowała rewolucja w Rosji, po drugie – na braku wiedzy, w jak gwałtowny sposób ujawnia się siła zrewoltowanych mas. Witkacy przeżył apokalipsę, a obrazy z tamtego czasu – choć zepchnięte głęboko w podświadomość – wciąż dawały o sobie znać. W rozmowach niechętnie powracał do rosyjskiego etapu swojej biografii. Niekiedy jednak dało się zeń wydobyć jakieś strzępy wspomnień. Jego kuzynka Aniela Ehrenfeucht zrelacjonowała Joannie Siedleckiej jedną z takich niespodziewanych Witkacowskich opowieści: po wybuchu rewolucji i opuszczeniu pułku, jako były biały oficer, uciekał nieustannie przed aresztowaniem. I omal do tego nie doszło, ale bolszewicy dali mu spokój, puścili. Udał bowiem chorego umysłowo – uraczył porcją najstraszniejszych min oraz głosów, w czym był rzeczywiście mistrzem. I to go najprawdopodobniej uratowało, w Rosji bowiem chorych umysłowo – sumasszedszich, jurodiwych uważano także za świętych. Budzili i strach, i podziw. Lepiej było zostawić ich w spokoju.

Teraz, we wrześniu 1939, w pociągu jadącym na wschód do świadomości byłego porucznika Lejbgwardii (a dziś porucznika rezerwy WP) dociera, że sytuacji z lat 1917–1918 nie da się powtórzyć. Jeśli wkroczą, nie będą zważać na jurodiwych, nie pomogą groteskowe miny i najdziksze głosy dobywające się z krtani. Przejadą jak walec po wioskach i miastach, wywracając dotychczasowy porządek do góry nogami, równając i uniformizując.

Pół szklanki mleka

Przystanki były częste, ludzie z okolic oczekiwali już na pociąg z koszami pieczywa, z mlekiem, herbatą. Zdanie ze wspomnień Czesławy Oknińskiej pozwala widzieć tę ucieczkę jako wędrówkę przez rozpadający się świat, którego mieszkańcy okazują sobie pomoc i solidarność. Zresztą, pod koniec pierwszego tygodnia działań wojennych wielu wierzy jeszcze w pozytywny obrót wydarzeń. Ludzie nie wiedzą, że w nocy z 6 na 7 września rząd Rzeczypospolitej ewakuował się ze stolicy, że sytuacja na froncie jest fatalna. Nikt nie podejrzewa – Witkacy jest tu zapewne wyjątkiem – że zbliża się zagrożenie ze strony drugiego z sąsiadów Polski, że za dziesięć dni czerwona fala zaleje wschodnie województwa, które po wojnie nie tylko nie znajdą się w granicach państwa, ale zostaną włączone do nowych republik radzieckich – litewskiej, białoruskiej i ukraińskiej.

Kiedy pociąg zatrzymuje się na zrujnowanej stacji w Łukowie, Witkacy i Oknińska stoją w oknie, obserwując ludzi wysypujących się z pociągu w poszukiwaniu wody. Wśród osób oczekujących na strawionym przez pożar peronie Witkiewicz dostrzega Bolesława Micińskiego, autora Podróży do piekieł, oraz jego żonę Halinę (była wtedy w piątym miesiącu ciąży). We wspomnieniach tej ostatniej, zatytułowanych Długi wdzięczności, odnaleźć można opis owego łukowskiego spotkania przyjaciół: [Bolek] rzucił mu się na szyję i wykrzyknął: „Stasiu, nie martw się, wszystko będzie dobrze, ja będę ojcem”. Witkacy odwrócił się na pięcie i zniknął w wagonie, po chwili jednak ukazał się znowu, ostrożnie przeciskając się przez tłum, niósł w ręce pół szklanki mleka, które podał mi bez słowa.

Optymistyczne zapewnienie Micińskiego (Stasiu, nie martw się, wszystko będzie dobrze) na niewiele się zdało – zaklinanie rzeczywistości to na ogół czynność jałowa i bezskuteczna. Micińscy wybierali się do Baranowicz (usiłowali nakłonić autora Szewców do zmiany kierunku podróży), ostatecznie trafili do Wilna i Kowna, z Litwy samolotem dostali się do Szwecji, następnie zaś do Paryża. W stolicy Francji Halina Micińska urodziła córkę Annę, która po latach miała się stać jedną z najgorliwszych badaczek życia i twórczości Witkacego. Bolesław Miciński zmarł na gruźlicę w stolicy Francji w roku 1943. Witkiewicz i Oknińska dotrzeć mieli do wsi Jeziory na Polesiu w powiecie pińskim, gdzie udręczony ucieczką pisarz targnął się na własne życie.

Zatrzymajmy czas na jedno mgnienie. Spalony peron w Łukowie, tłumy przeciskają się do hydrantu (panuje okropny upał), Witkacy zeskakuje ze stopni wagonu i umiejętnie pracując łokciami, zbliża się do Haliny Micińskiej. W jego wyciągniętej ręce szklanka do połowy wypełniona białym płynem. Kiedy przekazuje naczynie kobiecie, ich palce stykają się na chwilę. Micińska zagląda mu w oczy, ale on ucieka spojrzeniem w bok. Słychać świst kolejowej gwizdawki, więc żegnają się prędko.

Tłok przy wejściu, pokrzykiwania, spory. Trzask zamykanych drzwi. Chwilę później twarze „Stasia” i Czesławy w uchylonym oknie. Coraz dalsze, coraz mniejsze, nierealne.

III

Na wrzesień 1939 roku przyjaciele Witkacego, Jan i Janina Leszczyńscy, zaplanowali chrzest swojego syna – Janka juniora. Pisarz zgodził się zostać ojcem chrzestnym. Przewidywano zaproszenie „wielu gości, kilkudniową zabawę oraz główną atrakcję, czyli loty awionetkami, które załatwiał […] pułkownik Janusz de Beaurain. Plany spełzły na niczym. Po wrześniowym niebie latały bombowce, nie awionetki.

Niedoszły ojciec chrzestny tkwił w pociągu do Brześcia. Podczas bombardowań jak inni pasażerowie chronił się w kartofliskach, w bruzdach. W każdym większym mieście poszukiwał komisji rekrutującej żołnierzy i zgłaszał gotowość wdziana munduru oficerskiego, ale nie przyjmowano już nikogo – nie było broni i ubrań dla ochotników. Czesława Oknińska, z której wspomnień czerpię informacje, twierdziła, że były to dla Witkacego doświadczenia szczególnie dotkliwe – czuł się wykluczony z potrzebnej do obrony kraju społeczności. Nie tracił jednak nadziei – nawet w Brześciu zgłosił się do Rejonowej Komendy Uzupełnień, gdzie usłyszał to samo, co słyszał już po wielekroć: umundurowania i broni brakuje nawet dla młodych, a tym bardziej dla ludzi takich jak on, dojrzałych i niecieszących się najlepszym zdrowiem.

Noga za nogą

W Brześciu spędzili jedną lub dwie doby (o dwóch dobach mowa jest w relacji spisanej przez profesora Mieczysława Choynowskiego, opublikowanej w paryskiej „Kulturze” w roku 1985). Miasto gwałtownie bombardowano, ogień pożarów rozświetlał nocny mrok. Witkacy był bardzo zmęczony, dawały o sobie znać dolegliwości serca, nerek i bolały opuchnięte nogi. Gorzej słyszał […]. Był załamany psychicznie, po raz pierwszy ujawnił swoje samobójcze myśli.

Wieczorem następnego dnia ponownie w drodze. Czesława skorzystała z zaproszenia któregoś z uchodźców – jechała wozem. Tłumy ludzi, płacz dzieci, porzucone walizki, opuszczone furki, zabite konie, uszkodzone samochody, wywrócone autobusy z grającą muzyką taneczną – koszmar. Nagle […] konie spłoszyły się i poniosły – furka potoczyła się szybciej. W chaosie nocnej marszruty łatwo mogli się zgubić. Czesława stanęła na wozie i zaczęła nawoływać, Witkacy także krzyczał. Na szczęście odnaleźli się. Od tej chwili szli, trzymając się za ręce.

Pod Kobryniem zaopiekował się nimi dróżnik, zaprosił ich do jednoizbowej lepianki. Zostali uraczeni mlekiem i chlebem, położyli się na słomie w komórce nad żłobem konia i zasnęli. Kolejnego dnia po raz pierwszy spotkali żołnierzy z oddziałów rozproszonych w walce – szli pojedynczo i małymi grupkami […] w rozpiętych mundurach, bez broni. Wszystko to musiało utwierdzać Witkiewicza w przekonaniu o definitywnym zamknięciu pewnego etapu historii. Oto własnymi oczyma oglądał klęskę, której spodziewał się i obawiał, nieunikniony krach świata w jego dotychczasowej postaci. Od Brześcia natręctwo wizji przyszłości nie opuszczało Witkiewicza, złe wiadomości z Warszawy, zmęczenie – bolące nogi, niewygody – wszystko stwarzało warunki nie do wytrzymania, rozmowy stały się rozpaczliwe.

Jeziory

Gdzieś trzynastego czy czternastego chłopi przyprowadzili do nas jednego pana z panią – mówi w audycji radiowej poświęconej okolicznościom śmierci autora Niemytych dusz Włodzimierz Ziemlański (jego ojciec, Walenty, był znajomym Witkiewicza z czasu służby w Lejbgwardii Pawłowskiego Pułku w Petersburgu; kilka lat przed wojną zamieszkał z rodziną w Jeziorach). Przybysze zostali przyjęci z otwartymi ramionami.

Jeziory była to stosunkowo duża wieś na Polesiu, w pobliżu dwóch jezior, z których jedno nazywano Dużym, drugie Małym. W opublikowanym w roku 1981 artykule Polesie i Witkacy Włodzimierz Ziemlański tak przedstawiał warunki życia w latach trzydziestych XX wieku: W okresie suszy leśnymi drogami z trudem można było przejechać furmanką do sąsiednich wsi i miasteczek, takich jak Wysock, Dąbrowica lub Stolin. Kiedy nadeszła jednak mokra wiosna lub dżdżysta jesień, woda rozmywała drogi i urywała się wtedy wszelka łączność ze światem, czasami na okres paru miesięcy. Jedynie Poleszuk urodzony na tej ziemi potrafił przedostać się przez owe mokradła i trzęsawiska, toteż często korzystano z jego usług. Woził on żywność, przenosił listy do miasteczek i przekazywał, jak umiał, nowiny ze świata. Szykując się w drogę brał po prostu kawałek chleba, słoninę i dwie pary zapasowych łapci plecionych z łozy (wierzby), własnego wyrobu, i po kilku dniach podróży wracał z odpowiedzią, lekarstwem, wiadomością itp.

Przeglądam mapę okolic Jezior wykonaną w latach 1932–1933. Kilkanaście wsi i mniejszych osad (niekiedy z dwoma, trzema budynkami), rozsianych wśród mokradeł i lasów: Perebrody, Perechodzicze, Budymle, Grabuń, Drozdyń, Wieżyce, Łozowate, Szachy, Podmościszcze, Podtoczyszcze, Zakopań. Jeziora: Krysickie, Wieżyckie, Duże i Małe. Błota: Zołotucha, Ciecieryno, Siczouki. I wszechobecne „uroczyska” (oznaczone na mapie skrótem „Ur.”): Kramienno, Hrypla, Ostrownia, Hłubownia, Lesicze, Mościszcze, Pieszczany Bór, Wielkie Błoto, Ryże Hory, Talerze, Starucha, Kościanka, Lisiczyna i wiele, wiele innych. Nazwy z utraconego, nieistniejącego świata, z polskiej, poleskiej Atlantydy.

Strach przed dziczą

W Jeziorach Witkacy sprawiał wrażenie przybitego i jakby nieobecnego. Ziemlańscy próbowali go rozweselić, zachęcali do spacerów, raz nawet dał się namówić na wyprawę łódką – pływali z Czesławą po obu jeziorach. Jak mogły wyglądać ich rozmowy w tamtych dniach? Czego się spodziewali? Czy snuli jakieś plany na przyszłość? Z nielicznych i szczątkowych relacji z tamtych dni można wyciągnąć wniosek, że Witkacy przygotowywał się do odejścia.

Myśli samobójcze miewał od lat, przynajmniej od czasu tragicznej historii z Jadwigą Janczewską, jego narzeczoną, która odebrała sobie życie w lutym 1914 roku. Obwiniał się o tę śmierć. Z głębokiej depresji pomógł mu się wtedy wydobyć Bronisław Malinowski – zabrał go ze sobą na wyprawę naukową do Australii. Po wybuchu konfliktu zbrojnego w Europie Witkiewicz próbował dostać się do Galicji, ale okazało się to niemożliwe; pojechał więc do Petersburga, gdzie mieszkała część jego rodziny. Zgłosił gotowość wstąpienia do wojska, odbył kurs podoficerski i został wcielony do elitarnego Pułku Pawłowskiego. Dowodził oddziałem atakującym pozycje przeciwnika w bitwie nad Stochodem. Trauma wywołana wojennymi przeżyciami długo dawała o sobie znać – ponownie pogorszył się jego stan psychiczny.

Rewolucyjne wydarzenia w Rosji w latach 1917-1918 stanowiły kolejne graniczne doświadczenie w jego życiu. Konstanty Puzyna pisał, że objawiła mu się wtedy złowieszcza twarz XX wieku, Andrzej Mencwel dodawał: Witkacy rodzi się Witkacym w Rosji czasów rewolucji – wszystko dalsze jest tylko kontynuacją. To właśnie rewolucja rosyjska została przez początkującego pisarza uznana za ostateczne potwierdzenie słuszności jego intuicji i przekonań. Uzyskał niezbitą pewność, że cywilizacja w dotychczasowym kształcie kończy się, że nadchodzi nowy etap w rozwoju społeczeństw, w którym unieważnieniu i wyparciu ulegną dotychczasowe formy radzenia sobie przez człowieka z tajemnicą Istnienia – przede wszystkim religia i metafizycznie zorientowana sztuka. Uznawał nieuniknioność zmiany, ale nie widział dla siebie miejsca w tym nowym wspaniałym świecie.

Trudno jednak sądzić, że dramatyczna decyzja Witkacego o skróceniu własnego życia była uzasadniona jedynie takimi – historiozoficznymi – względami. W PRL-u skutecznie przemilczano napaść Sowietów na Polskę, nie do pomyślenia było więc także, by sytuować śmierć pisarza w kontekście rosyjskiej inwazji. Ze wspomnień Czesławy Oknińskiej usunięto na przykład fragment mówiący o tym, że Witkacy „był nieprzytomny wręcz ze strachu przed bolszewikami, przed dziczą, jak mówił. […] nie miał najmniejszych złudzeń, co go czeka. Gdy słyszał z daleka tętent koni, bał się, że już idą – będą mordować, katować, gwałcić, a on nie potrafi jej [Czesławy] obronić. Uważał więc samobójstwo za „jedyne wyjście” i chciał popełnić je najszybciej, „kiedy jeszcze jest Polska”.

IV

Mgła. Tylko najbliższe drzewa. Jakby nie było lasu. Jakby kończyło się wszystko na jednym szeregu pni, konarów i gałęzi. A dalej? Powiedz, co jest dalej, za tą ostateczną czarną linią, no powiedz, co tam jest?

Jadwiga Witkiewiczowa: Na drugi dzień, osiemnastego, poszedł z tą osobą do lasu, nad jezioro. Ona zażyła sporą dawkę Veronalu, a Staś podciął sobie żyły. Gdy dłuższy czas nie wracali, […] poszli ich szukać i znaleźli Stasia martwego, leżącego w kałuży krwi, a tę osobę czołgającą się w poszukiwaniu ratunku. We wspomnieniach żony Witkacego Czesława Oknińska (która pod koniec życia przedstawiać się będzie i podpisywać jako „Witkacowa”, a nawet „Witkacy”) występuje nieodmiennie jako „ta osoba”. Jadwiga nie może jej wybaczyć, że zgodziła się na samobójstwo, że nie próbowała odwieść desperata od szalonego zamiaru. Porównuje ją z Eunice, niewolnicą Petroniusza z Sienkiewiczowskiego Quo vadis. Gdybym ja była ze Stasiem – pisze – na pewno nie dopuściłabym do tego, co się stało – niestety, nie byłam z nim […].

Kierunek: Szachy

Śniadanie od dawna było gotowe, a Witkacy i Oknińska nie pojawiali się w kuchni. Walenty Ziemlański stanął pod drzwiami ich pokoju i zastukał. Odpowiedziała mu cisza. Zastukał raz jeszcze, odczekał chwilę, aż wreszcie nacisnął klamkę i wszedł do wnętrza. Pokój był pusty, pozostały tylko ich rzeczy, które przywieźli ze sobą. Wyglądało na to, że musieli opuścić mieszkanie jeszcze przed świtem. Gimnazjalista Włodzimierz Ziemlański i jego brat zostali wysłani przez ojca na poszukiwanie. We wsi usłyszeli, że wczesnym rankiem ich goście maszerowali drogą wiodącą ku wsi Szachy.

Nie mam pewności, w którym punkcie Jezior stał dom przyjaciela Witkacego. Włodzimierz Ziemlański pisze: wyszliśmy z bratem do wsi i pytaliśmy chłopów. „Wieś” to chyba zespół budynków przy drodze wiodącej z południa na północ, na zachodnim brzegu Jeziora Dużego. Ziemlańscy mogli mieszkać właśnie tam, może w budynku szkoły (Walenty był jej kierownikiem). Możliwe jednak, że ich dom stał na północnym brzegu Dużego, wśród drzew. Jeśli tak, chłopcy najpierw skierowali się na zachód, potem skręcili w lewo, by prędko dotrzeć do pierwszych zabudowań wsi. Szachy leżą na północ od Jezior, kiedy więc dowiedzieli się, dokąd poszli goście ojca, ruszyli w kierunku przeciwnym niż początkowo. Szli wzdłuż brzegu jeziora, minęli dróżkę prowadzącą ku zabudowaniom po północnej stronie Dużego i już po chwili mieli po lewej Uroczysko Pohareckie, a po prawej, nieco dalej na północny zachód, Uroczysko Oziersk. Doszli chyba aż tam, może i nieco dalej, do wysokości chutoru Świnica (na zachód od drogi), ale chyba nie do Uroczyska Dołhy Ostrów, bo to już tylko rzut kamieniem od wsi Szachy.

Uszliśmy może ze trzy kilometry – opowiadał Ziemlański – lecz nigdzie ich nie spotkaliśmy. Wracając zboczyliśmy z drogi w kierunku lasu. W pewnym momencie jeden z towarzyszących nam chłopów krzyknął do nas, żebyśmy szybko przybiegli, bo w lesie leży zabity człowiek.

Tristan i Izolda

Kiedy Oknińska wróciła do Warszawy (było to kilka tygodni po śmierci Witkacego), pojawił się u niej Mieczysław Choynowski, by na gorąco spisać relację z wydarzeń w Jeziorach. Dokument, który wtedy sporządził, uchodzi wśród witkacologów za najbardziej wiarygodne świadectwo dotyczące ostatnich chwil pisarza.

17 września dotarła do Ziemlańskich informacja o agresji sowieckiej. Autor Nienasycenia przystąpił do palenia dokumentów, wciąż opowiadał o okropnościach rewolucji bolszewickiej. Oknińska próbowała dyskutować z jego argumentami, przekonywała, że „teraz jest co innego, że to nie rewolucja. Odpowiedział, że ona nic nie wie, że nie przeżyła tego co on, nie powinna więc zabierać głosu. Wyobrażał sobie bolszewików strasznie – że będą bić i katować, że rzucą się na nią, a on nie będzie mógł jej bronić. Choynowski zanotował: Tej nocy decyzja dojrzała nieodwołalnie.

18 września rano wstali wcześnie. Witkacy powiedział „To dziś” – nic więcej, tylko te dwa słowa. „Czy się nie ogolisz” zapytała […]. „Jak chcesz” – i ogolił się, ale już nie sprzątnął przyborów. Po śniadaniu [to jeden ze szczegółów stojących w sprzeczności z opowieścią Włodzimierza Ziemlańskiego] odezwał się „chodź, pójdziemy na spacer”. Poszli, podobał mu się krajobraz „Jak Litwa”. Szukali jakiegoś lasu, trudno było znaleźć odpowiednie miejsce. Wyszli o ósmej, chodzili mniej więcej godzinę. Znaleźli wreszcie piękny, olbrzymi dąb. Była już jesień, lekka poranna mgła bez słońca „Ja nie mogę, nie mogę czekać ostatniej chwili – muszę jeszcze teraz, póki jest Polska. I trzeba spokojnie, z honorem”. Oknińska próbowała z nim dyskutować, odwodzić go od podjętej przezeń decyzji. Wreszcie zrezygnowana ucichła.

W innej relacji (ujrzała światło dzienne dopiero po śmierci Czesławy – wydrukowano ją w piśmie „Kierunki”), pojawia się kilka szczegółów, w które badacze twórczości i biografii Witkiewicza nie chcieli wierzyć (nie bardzo przepadali chyba za samą Oknińską; szczególnie nie lubiła jej Anna Micińska). Mnie jednak – nawet jeśli zostały zmyślone – bardzo się one podobają, przemieniają bowiem opowieść o ostatnich chwilach największego historiozoficznego pesymisty międzywojnia w jakąś hybrydę greckiej tragedii i miłosnej sielanki. Który z przedśmiertnych epizodów mam na myśli? Czesława Oknińska: Przypomniał mi żartobliwe powiedzenie moje, że na ślub zgodzę się chyba pod chloroformem. Roześmiałam się. Wziął wtedy moją rękę, położył sobie na sercu i powiedział „Teraz daję nam ślub”, i zacytował fragment modlitwy Matki swojej, ułożonej kiedyś dla małego Stasia, gdy był bardzo chory. Piękne proste słowa inwokacji do Ojca Wszechrzeczy połączyły nas, a na zakończenie odmówiliśmy modlitwę Ojcze Nasz, której obszerne fragmenty pamiętał […]. Ogarnął nas cudowny spokój i cicha radość miłości.

Ciało Witkacego odnaleźli bracia Anatolij i Siergiej Gomułkowie – leżało zakrwawione u stóp dębu, głowa zmarłego opierała się o podnóże drzewa. Oknińską dostrzegli nieco dalej, na błotach. Była nie całkiem przytomna, bełkotała. Poleszucy napoili ją wywarami ziół i zsiadłym mlekiem, dzięki czemu zwróciła całą zawartość żołądka – kilkadziesiąt tabletek luminalu i cybalginy rozpuszczonych przez Witkacego w kubku wody. Przeżyła. Pogrzeb autora Jedynego wyjścia odbył się nazajutrz, 19 września 1939 roku.

Historia i trup

Około roku 1916 w Rosji została wykonana jedna z najsłynniejszych fotografii Witkacego. Ubrany w mundur Lejb-gwardzisty siedzi przy niewielkim blacie pośrodku kabiny fotograficznej, u zbiegu dwóch lustrzanych płaszczyzn. Odbijają one i zwielokrotniają twarz siedzącego, ale on sam jest odwrócony tyłem do osoby oglądającej zdjęcie – widoczne są jedynie jego plecy. Janusz Degler pisze, że Portret wielokrotny kryje intrygującą tajemnicę. To bowiem, co w nim najistotniejsze, jest niedostępne. Widzimy bowiem cztery odbicia […], ale […] prawdziwa twarz pozostaje ukryta.

Napisałem na wstępie niniejszych rozważań, że w śmierci Witkacego możemy się przejrzeć jak w gabinecie luster, bo mówi ona do nas poprzez deformacje, a klęskę wrześniową ukazuje nie przez pryzmat scen batalistycznych, lecz doświadczeń głęboko refleksyjnej jednostki – zagubionej w rzeczywistości, nieradzącej sobie z nią, a mimo to posiadającej umiejętność daleko posuniętej autoanalizy.

Jaki „portret wielokrotny” Witkiewicza wyłania się z opisu jego ostatnich dni? Odpowiedzi na tego rodzaju pytania próbowali udzielać liczni badacze twórczości autora Nienasycenia. Bodaj najciekawszą z nich przynosi artykuł Anny Micińskiej pt. Jedyne wyjście Istnienia Poszczególnego. Samobójstwo S.I. Witkiewicza. Autorka wyróżnia cztery perspektywy, w których należałoby rozpatrywać tamtą śmierć: psychologiczną, egzystencjalną, historiozoficzną i artystyczną. Są to jak gdyby cztery odbicia pośmiertnej maski Witkacego. W moim krótkim rozpoznaniu nie mogę poświęcić należytej uwagi każdemu z owych odbić – interesuje mnie przede wszystkim zespół zagadnień historiozoficznych (nie znaczy to jednak, że pozostałe punkty widzenia nie są równie istotne; po prostu brak tu miejsca, by się nimi zająć). Wszystkie pytania, które chciałbym zadać, muszę zawrzeć w jednym zdaniu: Czego uczy nas śmierć Witkacego, jeśli zobaczyć ją na tle polskiej historii XX wieku?

Mądrość po szkodzie

Samobójstwo wariata z Krupówek można interpretować jako znak sprzeciwu wobec ostatecznego – jak sądził on sam – triumfu masy nad jednostką, cywilizacji stawiającej na pierwszym miejscu zagadnienie materialnego „szczęścia ludzkości” nad cywilizacją poszukującą rozwiązania metafizycznej tajemnicy człowieka. Gdzie tu miejsce na zagadnienie polskości? Witkacego, który pochodził z rodziny o głębokich tradycjach patriotycznych, problem polski zdawał się wszak interesować jedynie o tyle, o ile sprzęgnięty był ze zjawiskami społeczno-politycznymi dokonującymi się w szerszej skali – europejskiej lub globalnej. Naszą międzywojenną państwowość postrzegał jako tymczasową i skazaną na zagładę, bo niezdolną do rzeczywistej społeczno-politycznej autorefleksji i strukturalnej przemiany, tkwiącą po uszy w kulcie insurekcyjnej przeszłości, a przez to niewłaściwie reagującą na zagrożenie bolszewickie i hitlerowskie.

Nieuniknioność zmian objawiła się Witkiewiczowi z całą mocą podczas rosyjskiej rewolucji. Właśnie wtedy, gdy odradzała się Rzeczpospolita, doszło także do erupcji sił, które miały stać się w przyszłości przyczyną jej zagłady. Dostrzegając zagrożenie, na różne sposoby próbował Witkacy uświadamiać swoim czytelnikom, w jak węzłowym punkcie dziejów przyszło im żyć. Czynił to, sięgając po antyutopię, groteskę, grubą satyrę, a nawet dyskurs estetyczno-filozoficzny. W Niemytych duszach przemawiał wprost, językiem dosadnym, mogącym budzić sprzeciw odbiorcy: „Mądry Polak po szkodzie” (byłoby jeszcze dobrze, ale on i po szkodzie bywał głupi, tzn. nie głupi inteligencji u nas nie brakło tylko lekkomyślny, to „jakoś to będzie”, krótkodystansowość, aprenuledelużyzm, robienie wszystkiego „na łapu-capu” (piękne słówko, co?), ten, że tak powiem, „jebał-piesizm” […], ten parszywy pseudoindywidualizm, dobry wtedy, gdy trzeba było bić, gardłować, pić i jeszcze co najwyżej nabijać kabzę, a nie myśleć to były wady, które […] musiały dać w rezultacie zupełny upadek. O II Rzeczypospolitej pisał: Cylindry, przyjęcia, ordery, posunięcia, posunięcia i posunięcia ale idei kierowniczej nie ma i przy tym składzie i rozkładzie sił działających być nawet nie może. Idei nie można szukać i sztucznie jej wytwarzać: ona musi być w masie narodu i trzeba ją tylko ogniskować albo trzeba ją ze swych najgłębszych bebechów spontanicznie w jakimś szale twórczym stworzyć.

Słowa bolesne, diagnozy może nie całkiem sprawiedliwe, symplicystyczne – ale zrodzone z autentycznej troski o kształt zbiorowego bytu, z obawy o jego zdolność do stawienia czoła potężnym geopolitycznym zagrożeniom. Ostatecznie także on, Stanisław Ignacy Witkiewicz, opowiedział się we wrześniu 1939 po stronie tej niedoskonałej wspólnoty. Uczynił to, podejmując po wielekroć próbę zaciągnięcia się do polskiej armii, a potem – kiedy doszedł do (błędnego?) przekonania, że wszystko już stracone, że nie da się ocalić świata przed inwazją barbarzyńców – skracając własne życie czym prędzej, póki jest Polska, byle tylko nie słyszeć ryku bolszewickiej dziczy.

Czego zatem uczy nas śmierć Witkacego?

Przestrzega, byśmy nigdy nie doprowadzili się do takiego stanu, w którym zbiorowe samobójstwo jawi się jako „jedyne wyjście”. Przekonuje: Od każdego z was zależy, czym będziecie jako wspólnota. Dowodzi, że u początku wszystkich dziejowych katastrof leżą: niechęć do autoanalizy, samozadowolenie, niedostatek świadomości.

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 74.