WSZYSTKO CO ZAWSZE CHCIAŁEŚ WIEDZIEĆ O BALSAMISTACH I LABORANTACH ALE BAŁEŚ SIĘ ZAPYTAĆ

Tacy jak ja nie wyróżniają się z tłumu. Może mijasz mnie codziennie w drodze do pracy, może kupujemy w tym samym sklepie czy klniemy tych samych polityków? Mam tak samo jak ty rodzinę, plany i cele. Nie musimy jak kaci w średniowieczu oznaczać się żeby „czysty” człowiek nie poczuł się zbrukany. Nie należymy do pariasów społeczeństwa, chyba że w zaczadziałych głowach pełnych zabobonów. Tak jak każdy mam swoją ulubioną muzykę przy której czas szybciej płynie. Jest jednak między nami pewna różnica. Nie każdy zawita do wizażystki, kowala czy programisty C++. Do balsamisty lub laboranta przyjdziesz na pewno. Jako klient lub pacjent, ale na pewno. Nie zapominaj o tym śmiejąc się z zimnego chirurga czy pociskając balsamiście od nekrofili. Nic tak nie uspokaja jak wyobrażanie sobie co też ci zrobię na sekcji.

Poniedziałek, 8 rano. Jak co tydzień otwierasz oczy i klnąc cały świat szykujesz się na kolejny tydzień zasuwania w imię korpo czy innego obozu pracy. Poranna kawa, szybka fajka w drodze na autobus pełen zatłoczonych i śmierdzących rodaków śpieszących w każdą możliwą stronę miasta.

Wpadasz piętnaście minut wcześniej, odpalasz kompa i stawiasz przed monitorem wiadro pełne kawy. Pamiętasz faceta w bluzie z twarzą zasłoniętą kapturem? Na pewno nie. Czułeś jakiś dziwny zapach? Gorszy od mixu niemytych ciał spryskanych tanimi dezodorantami w stylu koko szambonel? Nie. Gorzej śmierdział menel ozdobiony tęczowymi plamami rzygowin.
Tacy jak ja nie wyróżniają się z tłumu. Może mijasz mnie codziennie w drodze do pracy, może kupujemy w tym samym sklepie czy klniemy tych samych polityków? Mam tak samo jak ty rodzinę, plany i cele. Nie musimy jak kaci w średniowieczu oznaczać się żeby „czysty” człowiek nie poczuł się zbrukany. Nie należymy do pariasów społeczeństwa, chyba że w zaczadziałych głowach pełnych zabobonów. Tak jak każdy mam swoją ulubioną muzykę przy której czas szybciej płynie. Jest jednak między nami pewna różnica. Nie każdy zawita do wizażystki, kowala czy programisty C++. Do balsamisty lub laboranta przyjdziesz na pewno. Jako klient lub pacjent, ale na pewno. Nie zapominaj o tym śmiejąc się z zimnego chirurga czy pociskając balsamiście od nekrofili. Nic tak nie uspokaja jak wyobrażanie sobie co też ci zrobię na sekcji.
Teraz zajmijmy się moim dniem. Jestem balsamistą i laborantem sekcyjnym. Nie tym gościem od Nivea czy L’oreal. Moje zabiegi owszem upiększają ale z własnej woli na pewno nie chcesz być moim klientem. Czemu? Musisz najpierw mi pokazać akt zgonu. Przychodzę rano do prosektorium, odpalam światła, parzę kawę. Zupełnie jak ty. Potem niczym ordynator na oddziale szykuję plan dnia i zabiegów. Owszem, mamy niczym na SORze nagłe przypadki, ale porządek musi być. Następnie zakładam specjalny strój. Nie jest to skórzany fartuch jak w Hostelu i maska z ludzkiej skóry jak u LatherFace’a, tylko jednorazówki z folii i bawełny które w zupełności wystarczą. Uwierz mi, nawet w tym przeraziłbym cię o każdej porze dnia czy nocy. Zwłaszcza jeśli spłynie po tym uniformie jakieś dwa litry krwi. Skąd się to wzięło dopowiem w odpowiedniej chwili. Maska jest obowiązkowa, ale nie różni się niczym od tych które noszą lekarze w szpitalu. Chyba, że mamy pacjenta z listy 24h ( jest to lista zawierająca spis chorób, po których zmarły w maksymalnie 24h musi zostać pochowany w specjalnej metalowej trumnie). Wtedy dostajemy maski z węglem aktywnym. I wybiegając przed pytania schizoli którzy oglądali za dużo horrorów. Ta maska nie ma nam uniemożliwiać oblizywania skalpela. To przyziemne BHP wymusza.

Następnie idę szykować miejsce pracy. Obszerna sala, wyłożona białymi, nijakimi kafelkami. Po środku stół. Metalowy, wyprofilowany z odpływem pośrodku, tędy spływa krew do specjalnych zbiorników w których zostanie uzdatniona i zdezynfekowana na tyle, by móc ją odprowadzić do ścieków miejskich.. Pod ścianami szafki pełne próbek, dokumentów. Odpalam lampę wyglądającą niczym u dentysty. Wyciągam metalową wanienkę w której pływały moje „zabawki”. Na specjalnym podeście układam noże, skalpele, sprawdzam czy na pewno ostrza jednorazowe są zdjęte. Potem kładę piłę, wiadomo, czasem muszę przeciąć kość a jest to sprawdzony i skuteczny odpowiednik pił elektrycznych. Muszę tam zmieścić również nóż narządowy, służący rozcinaniu narządów wewnętrznych. Potem układam specjalne noże do rozcinania żeber. Bez tego nie usunę mostka. To jest mój zestaw do sekcji.
Potem przechodzę do specjalnego wózka, błyszczącego czystością i metalicznym blaskiem. Tam układam kaniule, haczyki, skalpel, separatory, igły i nici. Na niższej półce zbiorniki, jeden na płyn który podam zmarłemu a drugi na krew. Swoje miejsce ma też pompka ręczna i pompa z silnikiem elektrycznym. W swojej walizce sprawdzam czy mam płyny które zamieniają zwłoki z bomby bakteriologicznej w neutralne, poddające się powolnej kremacji ciało ukochanego wujka, ojca czy córki. Szykuję również maszynkę do golenia, szczotki, suszarkę do włosów, cążki i mnóstwo kosmetyków którymi robię odwrotną robotę do tej którą wykonuje makijażysta choćby na planie „The walking dead”. Muszę w końcu zamaskować procesy gnilne upodobniające Adama, Irka czy Annę do zombie. Jestem ostatnim fryzjerem, wizażystą i stylistą jakiego ujrzysz przed złożeniem w trumnie. W międzyczasie przyjeżdżają i odjeżdżają karawany. Jedni przywożą zmarłych z całego miasta, inni zabierają przygotowanego zmarłego w ostatnią drogę.

Zabieram łóżko do przewozu zwłok i jadę do miejsca w którym nie wytrzymałbyś w swym pięknym garniturze. Chłodnia. Mnóstwo metalowych drzwiczek a za każdymi z nich przerwana ludzka historia. Średnia wieku wacha się od kilku minut życia do stu kilku lat. Leżą w workach czekając cierpliwie i w śmiertelnej ciszy na swoją kolej. Każdy z nich przejdzie drogę od chłodni na stół sekcyjny. Jeśli rodzina sobie zażyczy wykonam też balsamację, czasową konserwację czy rekonstrukcję.
Sprawdzam listę. Namierzam odpowiednie ciało. Zakładam jednorazowe rękawiczki i podstawiam wózek. Wyciągam zmarłego i zatrzaskuję lodówkę. Rozpinam worek. Nigdy nie wiadomo co zobaczę w środku. Czy chłopaka z roztrzaskaną czaszką który postanowił skończyć z sobą bo ukochana go zostawiła dla innego? Babcię wracającą od ukochanych wnuków którą potrącił pijany kierowca? Dziewczynę która nie wytrzymała i postanowiła się powiesić? Bezdomnego który spłonął żywcem bo chciał się ogrzać? A może koszmar laboranta, niewinny noworodek na którego czekali kochający rodzice dziewięć miesięcy a który zmarł w wyniku błędu lekarza? Czasem się trafiają ofiary wypadków z pociągami. Wtedy nie wiadomo kto to jest a często są problemy nawet z ustaleniem płci.
Zmarły już jedzie na swoje ostatnie spotkanie z lekarzem. Dziś trafił mi się młody chłopak, ofiara pobicia. Twarz pełna zadrapań i siniaków, oraz zaschłej krwi. W takich sytuacjach muszę czekać na prokuratora. Rozsuwam zamek błyskawiczny i ściągam worek ze zwłok. Potem ubranie. Powinno się je zdejmować tak by jak najmniej uszkodzić, ale czasem trzeba je po prostu rozciąć. Sprawdzam kieszenie. Jeśli znajdę klucz, dokumenty lub cokolwiek co ominięto przed zabraniem zmarłego z miejsca zdarzenia muszę to oddać Policji. Tak przygotowanego zmarłego przerzucam na stół sekcyjny. Lekarz robi wstępne oględziny. Sprawdza stan kości, zębów opisuje uszkodzenia które widzi na specjalnym druku. Nadal czekamy na prokuratora. Choć studenci prawa powinni na studiach być na sekcji zwłok, nie daje im to odporności na kolejne wizyty. Często zdarza się że poważny i ponury pan, przy którym boisz się zrobić lub powiedzieć cokolwiek, rzyga dalej niż widzi. I wiecie co? Prokurator na kolanach, z ociekającymi strużkami śliny i wymiocin nie jest już taki straszny. W końcu dociera. Dziś towarzyszy nam Żelazna Dama. Kobieta która spokojnie mogłaby mnie zastąpić przy stole. Wytrzymała i nigdy nie widziałem żeby choć odwróciła wzrok, zawsze bije od niej pewien specyficzny rodzaj charyzmy.
Przystępujemy do sekcji. Zakładam na trzonek ostrze numer cztery, takie samo jakiego używa bardziej szanowany chirurg. Pierwsze cięcie nie wygląda jak w pewnym serialu zza oceanu o doktor G. Nie ma cięcia od obojczyka do obojczyka. My tniemy wzdłuż ciała, od miejsca gdzie łączy się szyja z resztą ciała i tnie się aż do spojenia łonowego, omijając przy tym pępęk. Za jednym cięciem otwieram dwie z trzech obowiązkowych jam ciała do sprawdzenia na sekcji. Do tego trzeba mieć trochę siły, ponieważ ludzka skóra jest twarda i ciężka do cięcia, ale jednak najgorsza do zszywania. W tym momencie mniej wrażliwi często opuszczają salę sekcyjną. Uwalniają się gazy, wszędzie unosi się zapach śmierci, który my nazywamy kadaweryną czy innym produktem procesów dekarboksylacji czy gnilnych. Usuwam skórę z klatki piersiowej. Nie zrywam jak trzysta lat temu pasów, tylko podcinam ją żeby mieć lepszy dostęp do żeber. Następnie muszę usunąć mostek. Przecinam odpowiednio wyprofilowanym nożem żebra, najlepiej za jednym zamachem. W tym momencie jako jeden z nielicznych na świecie mogę ujrzeć jak dokładnie wygląda człowiek od środka. I wierz mi, nie chcesz wejrzeć w niczyje wnętrze. Ten tekst wymyślił ktoś, kto nigdy nie widział rozciętego człowieka. Następnie usuwam dla lekarza narządy wewnętrzne. Zaczynam od jedynej kości która nie jest trwale połączoną z resztą kośćca czyli os hyoigeum, kość gnykową. Koniecznie trzeba sprawdzić krtań. Cały układ oddechowy będzie dokładnie zbadany. Płuca porozcina lekarz by sprawdzić czy nie kryje się tam ewentualna przyczyna zgonu. To samo czeka schowane w worku osierdziowym serce. Wyjmowane serce ze zwłok nie przypomina tego które czasem pokazuje się w filmach o Aztekach a już na pewno nie tego którego jest pełno na Walentynki. Wierz mi, nie ma nic mniej romantycznego od autentycznego ludzkiego serca.
Jedziemy w dół, stan przepony można ocenić od razu po rozcięciu. Reszta narządów będzie wycięta z wnętrza zmarłego. Trzustka, żołądek, wątroba. Wszystko. Każdy narząd czeka dokładne pocięcie. Nie czekam bezczynnie na koniec pracy lekarza. W tym czasie otwieram ostatnią z jam. Czaszkę. Biorę skalpel do ręki by przeciąć skórę i uzewnętrznić kości. Jedno cięcie od ucha do ucha, mniej więcej pośrodku głowy. Trzeba ją oskórować by móc wykonać kolejną czynność. Odpalam piłę która znacznie skraca czas sekcji. Muszę usunąć czerep. Wiesz co mi przypomina się w tym momencie? Borowanie u dentysty. Ten specyficzny kościany posmak i zapach. Gdy kończę cięcie usuwam opony mózgowe a następnie sam mózg. Przekazuję szarawy organ lekarzowi i szykuję dwie strzykawki. Trzeba pobrać dwa płyny od zmarłego do badań toksykologicznych. Najczęściej jest to krew i mocz, lecz czasem pobiera się również z oka ciałko szkliste. Po optycznej ocenie uszkodzeń ciała (złamania, rany kłute, cięte bądź szarpane), dokładnym sprawdzeniu stanu organów wewnętrznych i pobraniu wszystkich próbek do dalszych badań, kończy się praca lekarza przy zwłokach. Zostaję sam i zaczynam sprzątanie. Wszystkie wycięte części ciała chowam w brzuchu i zaczynam najcięższą część pracy. Zaszywanie. Na specjalnie wyprofilowaną igłę nawlekam mocną nić konopną. Trzeba ciasno szyć i pilnować by nie wystawała z miejsca szycia choćby warstwa jasnożółtego tłuszczu. Gdy skończę szyć tułów, zajmuję się głową. Układam czerep i staram się tak zszyć i zamaskować cięcie by jak najmniej rzucał się w oczy. Oczywiście najciężej zrobić to w przypadku łysych. Obmywam wodą i specjalnym mydłem ciało i przekładam na wózek. Przykrytego białym całunem, odwożę do chłodni. Wywalam poplamiony krwią fartuch i rękawiczki. Na dziś koniec zabiegów na tym panu, prokuratura jeszcze nie zgodziła się na wydanie zwłok ani na żadne dalsze czynności takie jak choćby ubranie czy złożenie w trumnie. Zmarły ułożony jest twarzą do drzwiczek, dziś jeszcze ma przyjść rodzina na identyfikację. Słyszę dzwonek do tylnych drzwi przez które przyjmuję i wydaję ciała i sprawdzam godzinę. Są o dobre czterdzieści pięć minut wcześniej. Wołam Żelazną Damę która wydaje decyzje o okazaniu. Ona już zajmuje miejsce koło wejścia, ja zamykam inne pomieszczenia żeby nie stresować dodatkowo cierpiących ludzi. Do środka wchodzi najpierw matka w asyście policjanta który ją przywiózł, na zewnątrz zostaje jej maż i pali papierosa. Ręce mu się trzęsą i sprawia wrażenie ciężej przeżywającego tą śmierć. Kobieta ma na oko czterdzieści lat i idzie zdecydowanie do przodu, funkcjonariusz zatrzymuje się po kilku krokach. Przed skręceniem do jedynego otwartego pomieszczenia, nagle przystaje i omdlewa. Stres okazał się dla niej za silny. Policjant wezwał pogotowie. Docierają po kilku minutach i decydują że zabiorą ją i dokonają dokładniejszych badań w szpitalu. Mąż chciał z nią jechać ale prokuratorka przekonała go, żeby najpierw dokonał rozpoznania a potem policjant odwiezie go do żony. Czekam przy lodówce ze zwłokami a mężczyzna sprawie wrażenie jakby miał za chwilę upaść. Ledwo powłóczy nogami, ciężko oddycha. Nie pośpiesza go nikt, każdy tu zebrany rozumie, że są to najcięższe chwile jego życia. Pada pytanie czy jest gotowy. Ledwo dostrzegalnie kiwa głową. Żelazna Dama daje mi znak i wysuwam ciało. Zazwyczaj maksymalnie do piersi. Odkrywam twarz. Słyszę przeraźliwy jęk, paraliżujący serce i ruchy. Ojciec poznał syna. Pada obowiązkowe pytanie czy potwierdza tożsamość. Wydusił tak, policjant zabiera go przed budynek wraz z panią prokurator. Zamykam zmarłego. To są najcięższe chwile w tej pracy. Czasami widzisz w oczach tych ludzi nadzieję. Nadzieję, że to może nie ich dziecko, czy ktokolwiek z rodziny. Czasem ta nadzieja przeradza się w wybuch radości ale najczęściej w najczarniejszą rozpacz.
Kończę powoli dzień pracy. Myję narzędzia i umieszczam je w płynie dezynfekującym. Sprzątam całą salę i obmywam dokładnie by nigdzie nie rozwijały się jakieś kolonie bakterii. To był w miarę spokojny dzień, tylko jedna sekcja, czasem zdarzają się trzy. Wtedy naprawdę wracam zmęczony. Zwłaszcza zaszywaniem zmarłego w niewygodnej pozycji z plecami wygiętymi w łuk. Idę pod prysznic, zmieniam ubrania i zamykam miejsce w którym przebywa więcej zmarłych niż żywych. Wkładam słuchawki w uszy, odpalam muzykę i idę do domu. Zaciągam się głęboko dymem z papierosa, w tej pracy używam mocnej chemii i w moim subiektywnym odczuciu pomaga mi to czasem zabić ten smród.

Wtapiam się w ludzką ciżbę na ulicy i znowu staję się anonimowym mieszkańcem który na pierwszy rzut oka odróżnia się tylko łysiną i stoma kilogramami wagi. Płynę w anonimowym tłumie i może znowu cię mijam w drodze?

Co Cię czeka po śmierci?

Ty jeździsz nowym mercedesem, dawny kolega z klasy wózkiem po złom. Możesz pracować w korpo, mcdonaldzie bądź w NASA.Dla ciebie Prada to taniocha i bezguście, dla pewnych second hand to szczyt ich marzeń. Możesz kochać Elvisa, inna kocha Biebera. Wierzysz w Jezusa, ktoś w Allaha i czeka na hurysy w raju. Może jesteś lepszego sortu a ja gorszego. Może kochasz uchodźców a może ostrzysz na nich siekiery.
Wszyscy się różnimy. Każdy z nas ma marzenia, plany, cele i poglądy. Nie znam wielu ludzi i pewnie nie znam ciebie. Nie wiem co powoduje że płaczesz ani co wywołuje twój śmiech. Jednak wiem co łączy nazistę z Żydem, co łączy prawicowca z lewakiem a co fundamentalistę z ateistą. Śmierć. Od momentu narodzin jedno jest pewne. Nić twego żywota pęknie.

Moje życie i praca skupia się wokół tego tabu. Memento mori towarzyszy mi od lat. Dziś chcę ci przybliżyć, co się będzie działo gdy Kostucha postanowi cię spotkać.
Mimo wielu pięknych słów i teorii wielu mądrych jak i nawiedzonych ludzi, człowiek jest zwierzęciem i jego ciało podlega tożsamym procesom. Czemu to piszę? Żebyśmy mogli wspólnie przeprowadzić pewien eksperyment. Idź do swojego ulubionego mięsnego (wersja dla wegetarian: wyślij mamę/kochankę/teściową) i wybierz najpiękniejszy kawałek przykładowo wołowiny. Teraz, gdy już jesteście razem w domu, wybierz szczelny pojemnik, jednak nie próżniowy. Zamknij nasz obiekt i odstaw w ciepłe miejsce. Najlepiej takie które rzadko odwiedzasz. Po dwóch tygodniach wróć do pojemnika i go otwórz. Ten sam zapach czuję gdy otwieram worek ze zwłokami osoby, która leżała w domu dwa tygodnie bo nie miała bliskich którzy nią by się zainteresowali. Ten specyficzny zapach (dla wielu to najokropniejszy smród, jednak wierzcie mi, można się na niego uodpornić) to efekt dekarboksylacji białek. Dokładniej omówimy to później.
Powód zgonu nie wiele zmienia w samym procesie gnicia zwłok. Więcej do powiedzenia ma natura, czego dowodem jest trupia farma w Knoxville, założona przez dr Williama Bassa pod egidą Uniwersytetu Tennessee. Prowadzone tam badania, mają pomóc antropologom sądowym określić czas zgonu po uwzględnieniu czynników atmosferycznych i naturalnych. Przykładem takiego oddziaływania jest choćby ciepło powodujące przyśpieszenie rozkładu, czy zimno które może go znacząco spowolnić.
Po twojej śmierci (właściwie po śmierci mózgowej, którą najłatwiej udowodnić podpinając pacjenta pod encefalograf) najważniejszy jest czas. Procesy gnilne zaczynają się od razu i będą trwały póki nie zostaną same kości. Na co dzień ważnym elementem naszego bytu jest jedzenie. Bądźmy szczerzy, bez niego nie przeżylibyśmy a dzięki Kuchennym Rewolucjom dowiedzieliśmy się, że może to być sens życia. W naszym przewodzie pokarmowym przebywają ciągle całe watahy bakterii. Za życia pomagają nam strawić pokarm. Po naszej śmierci bakterie te, zwane saprofitycznymi bakteriami gnilnymi, obrócą się przeciwko nam i zaczną trawić nasz organizm. W wyniku ich działań, a raczej enzymów przez nie wydzielanych, dojdzie do rozpadu białek znajdującym się w naszym ciele na siarkowodór, wodę, amoniak, azot, wodór i azot. Proces ten zaczyna się w kątnicy i charakteryzuje się zielonym odcieniem skóry znajdującej się nad nią. Przy okazji ich działalności uwalniają się gazy takiej jak choćby skatol czy indol powodujące wyjątkowy zapach. W kątnicy nastąpi również przemiana hemoglobiny, pod wpływem siarkowodoru na sulfhemoglobinę.

Po około piętnastu, lub jeśli jesteś wybitnie ciężkim człowiekiem, twoje ciało osiągnie temperaturą równej tej z otoczenia. Tu warto rzec słowo o stężeniu pośmiertnym. Po krótkim okresie zwiotczenia, następuje skrzepnięcie miozyny występującej w naszych mięśniach. Na skutek tego ciało sztywnieje Tężenie mięśni może przyśpieszać kilka powodów zgonu. Bardzo spowalnia reakcję zgon wynikający ze skrajnego wyczerpania. Stężenie utrzymuje się średnio od doby do trzech. Na czas ten, bardzo duży wpływ ma temperatura otoczenia. W międzyczasie, po kilku godzinach od śmierci, występuje opad grawitacyjny krwi. Polega to na tym, iż krew której nie ma już co pompować (serce nie pracuje więc nie ma ciśnienia), opada w najniżej położoną część ciała. Barwy plam opadowych mogą podpowiadać przyczynę zgonu i stosuje się tą metodę.

Musimy tu jeszcze omówić temat gazów. Roznoszą one po ciele bakterie gnilne, a dzięki nim ciało może podwoić swoją objętość. Deformację zwłok wywołane gazami gnilnymi nazywamy gigantyzmem gnilnym Caspara.
Gdy już wiesz jakie ogólnie zasady i prawa sterują gniciem ciała, przejdę do części technicznej mojego zawodu. Powiem ci, na jakie zabiegi możesz liczyć gdybyś kiedyś zechciał zostać moim klientem.
Na początek weźmy na warsztat zwłoki osoby, która zmarła naturalnie (rozumiem przez to wszystkie powody zgonu nie wywołujące następstwa w postaci sekcji zwłok).

Po wezwaniu zakładu pogrzebowego (jeśli ciało nie doznało uszkodzeń w wyniku działaności przestępczej za transport odpowiada rodzina nie prokurator), w ciągu maksymalnie godziny przyjeżdżają dwaj panowie ze specjalną kapsułą transportową. Zwłoki złożą w plastikowy, jednorazowy, worek a następnie w plastikowej imitacji trumny służącej do transportu zmarłych.

Transport pozostawi zmarłego w chłodni, swojej bądź miejskiej. Teraz wszystko zależy od rodziny. Po rozmowie z pracownikiem zakładu pogrzebowego, dostaję wypełnione zlecenie z zaznaczonymi usługami. Standard to mycie zmarłego i ubieranie. Jednak dzięki rozwojowi tanatopraksji oraz balsamacji, pole usług znacząco się rozszerzyło. Dzięki specjalnej chemii pogrzebowej jestem w stanie zamaskować zmiany pośmiertne widoczne na uszach czy palcach. Makijaż może tylko zamaskować. Jednak jeśli chcę zatrzymać proces gnilny, odkazić ciało i wywołać spowolnioną kremację, mogę wykonać balsamację. Zabieg ten polega na wprowadzeniu do krwioobiegu zmarłego odpowiednich płynów i jednoczesnym odebraniu z ciała całej krwi. Za pomocą kaniul „podpinam” się do krwioobiegu i dzięki pompom mogę wykonać cały proces. Podczas podaży roztworu, a jest tego kilka litrów i ku ogólnemu zaskoczeniu mogę powiedzieć, że często lżejsze osoby potrzebują go więcej od „grubasów”, muszę masować zwłoki by płyn odpowiednio nasączył każdą tkankę. Dzięki temu optycznie widoczne zmiany pośmiertne ustępują. Jeszcze jeden ważny szczegół. Jeśli przed balsamacją nie przełamię stężenia pośmiertnego, po niej już będzie to prawie nie wykonalne. Jednocześnie nadmienię, że przez przełamanie nie rozumiem łamania kości tylko przywracanie stawom naturalnego kąta ruchu.
Balsamacja jako jedyny zabieg dezynfekuje ciało dając stu procentową pewność. Jej odmiana, czyli czasowa konserwacja, spowalnia procesy gnilne jednak ich nie zatrzymuje. Dzięki zabalsamowaniu ciało się mineralizuje, nie gnije. Kolejnym jej plusem jest nadanie twarzy nieboszczyka wyglądu osoby śpiącej. W przypadku osób wyniszczonych rakiem, zabieg ten może przywrócić wygląd ciała sprzed najcięższego stadium.
Co jeszcze wykonuję? Dość często podwiązuje szczękę czyli dzięki niciom uniemożliwiam umarłemu robienia dowcipów czyli otwierania ust. Zatykam ślinianki i jamę nosową by nic nie wypływało z ust czy nosa. Inne otwory fizjologiczne również zabezpieczam. Obowiązkowo przycinam paznokcie i golę. Jeśli ktoś sobie zażyczy układam fryzury. Na koniec ubieram i skłądam w trumnie. Poduszkę spryskuję specjalnymi perfumami, które oprócz przyjemnego zapachu działają uspakajająco.
To są usługi najpopularniejsze. Teraz opowiem o tych, które mogę wykonać ale w Polsce nie są popularne, ze względu na świadomość a raczej nieświadomość ich istnienia. Dzięki południowoamerykańskiemu kultowi ciała, powstał przyrząd umożliwiający likwidowanie zmarszczek, dzięki czemu odejmuję twarzy nawet kilkadziesiąt lat. Dla ofiar wypadku powstała odrębna specjalizacja, czyli rekonstrukcja pośmiertna. Obecnie nawet najbardziej umęczone i zniszczone ciało można doprowadzić do takiego stanu, by pożegnanie odbyło się przy otwartej trumnie a rodzina nie doznała szoku. Specjalne implanty imitują oczy.
Czasem muszę wykonywać niespodziewane czynności, przykładowo gdy ze zmarłego się sączy osocze, trzeba przed ubraniem odpowiednio zabezpieczyć specjalnymi bandażami i foliami.

W przypadku osób po sekcji, kroki generalnie się powtarzają, jednakże przy balsamacji muszę ponownie otworzyć jamy ciała a narządy zabezpieczyć w worku z płynem dezynfekcyjnym. Obsypuję wnętrze ciała specjalnym proszkiem absorbującym a wkłucie z podażą płynu balsamacyjnego zamiast w jednym punkcie wykonuję aż w sześciu.

Oczywiście nie omówiłem wszystkich niuansów i tajemnic mojego zawodu. Co do przyczyn zgonu, również nie wyczerpałem tematu. Zarówno długość (w końcu to felieton a nie publikacja) jak i miejsce (w końcu nikt z was nie chce czytać o dekarboksylacji, chyba że są tu studenci biologii) nam tego nie umożliwią. Chcę was zapoznać z nieuniknionym i obalić kilka mitów, zwłaszcza ten najważniejszy, że ci od trupów piją. Może i tak kiedyś było, obecnie tego nie obserwuję a zwłaszcza w miejscu pracy.

Filip Szyszko