parowski

Maciej Parowski: Nie wierzę w orgazmy w chmurze

Robot został stworzony przez człowieka na jego obraz i podobieństwo. Podług Praw Robotyki spisanych przez autora SF Isaaca Asimova robot nie może szkodzić nam działaniem ani zaniechaniem, musi słuchać rozkazów człowieka pod warunkiem, że nie są sprzeczne z pierwszym prawem, no i powinien chronić siebie, o ile nie wejdzie to w kolizję z dwoma prawami… Oto jak technologia podszywa się pod antropologię i teologię. Robot ma odróżniać dobro od zła lepiej niż człowiek i być gotowym do ofiary jak ojciec Kolbe za Gajowniczka! Toż to fikcja, homodycea – bierzemy instrukcję obsługi odkurzacza, czy bezpiecznej – kuchenki mikrofalowej i przerabiamy ją na apoteozę mechanizmu, którego mianujemy naszym mądrym, gorliwym i ofiarnym sługą. To się zresztą nie sprawdza, w fantastyce roboty z reguły się buntują – zauważa Maciej Parowski, redaktor wszystkich Polaków/fantastów w latach 1982–2012, w rozmowie z „Frondą LUX”.

Jak to było z tym transhumanizmem? Ten prąd literacki wyprzedził technikę i stał się inspiracją dla naukowców, czy przeciwnie – inspiracją dla niego były odkrycia naukowe?

Idea zaklęcia czy wpuszczenia człowieczeństwa w maszynę, glinianą figurę, drewnianą lalkę wygląda raczej na postreligijną niż okołotechnologiczną. Pominąwszy Genesis, naiwności i kanciarstwa. Jahwe i rabin Loew użyli gliny, Gepetto drewna, oszust Wolfgang von Kempelen swego Turka zwanego „mechanicznym szachistą” zrobił z kości słoniowej, porcelany, blachy. Taki transhumanizm miał coś z magii. Młodopolskie postrzeganie człowieka jako istoty ułomnej napędzanej waporami czy hormonami to byłby transhumanizm odwrócony, zdegradowany. Następnie, kiedy wymyślono komputery, cybernetykę, to jej prorok Turing wykoncypował test, dzięki któremu maszyna udzielająca z taśmy perforowanej poprawnych odpowiedzi na proste pytania mogłaby – przez chwilę! – udawać człowieka. Potem obwody scalone i wykładniczo komplikujące się wytwory przemysłu komputerowego (prawo Moore’a) oraz prace setek matematyków i programistów doprowadziły do skonstruowania maszyn liczących wielkiej mocy. Zupełnie nowa sytuacja – powstały maszyny i programy wygrywające w szachy z mistrzami, świat ogarnęła Sieć, komputery zaczęły projektować komputery, pilotować statki kosmiczne i rozwiązywać problemy przez stulecia nie do ugryzienia na poziomie kartki i ołówka. Policzono ludzkie neurony, rosną wciąż pojemności oraz możliwości komputerów i zaczęto wierzyć (R.R. Kurzweil), że te wielkości się zbliżą i duch wstąpi w maszynę. A za nim natura ludzka. Wierzą w to tzw. ekstropianie, o których sporo pisał w „Nowej Fantastyce” Janusz Cyran. Sztuka poczęła o tym marzyć (Golem XIV) i tym straszyć (2001: Odyseja kosmiczna, Blade Runner, Terminator). Ale nawet teraz technologia i artystyczna – de facto – mitologia idą różnymi drogami.

W jaki sposób transhumanizm przedstawia Stanisław Lem? W jaki sposób obrazuje on sojusz człowieka i maszyny?

Lem nie jest piewcą transhumanizmu, natomiast był bez wątpienia protoplastą, prorokiem i zwiastunem tego podejścia, które w fantastyce obserwujemy teraz. Już w Dialogach (1954), pierwszej książce opiewającej niedozwoloną w PRL cybernetykę, Lem rozważa przeniesienie świadomości człowieka do maszyny. W bardzo interesujących, jeśli chodzi o wizje techniczne, esejach zebranych w tomie Summa techologiae (1964) snuje rozważania nad sposobami kreacji sztucznych rzeczywistości ( tzw. fantomatyka – dziś virtual reality), które byłyby nieodróżnialne od realu. To wizja prorocza wobec matrixów została też zapowiedziana w jego zbiorze opowiadań Cyberiada (1965). Tyle że to jest nawiązanie do starych filozoficznych kłopotów, z niebudzącym wątpliwości odróżnieniem snu od jawy, o czym pisali np. Borges i Roger Caillois. Tak czy owak transhumanizm polegałby tu na przekroczeniu świadectwa ludzkich zmysłów, na przeniesieniu do maszyny iluzji rzeczywistości, a w każdym razie otoczenia człowieka. Podrobionych ludzi/nieludzi mamy z kolei w opowieści o ocenie Solaris, który podsuwa ludziom niezniszczalne kopie ich bliskich. Ale nie chodzi tylko o kreację swoistych homunkulusów, bo ocean, stwarzając ludzkie repliki, pełni funkcje człowieczej pamięci i… wyrzutów sumienia. Staje się rodzajem czyśćca, piekła, ułomnego raju. Wchodzi w rolę Boga, diabła, może ich obu. Wreszcie w powieści Powrót z gwiazd Lema jest przekroczenie ludzkiej natury za sprawą biochemicznych blokad nałożonych tej naturze. Chodzi o tzw. betryzację, zabieg medyczny, de facto okaleczenie, w wyniku którego ludzie nie są w stanie dokonać aktu agresji. Mamy tam scenę, kiedy główny bohater udaje się na wysypisko śmieci i spotyka zniszczone roboty, które zaczynają odprawiać modły – taką robocią wersję litanii. Lem pokazuje, że w tym zdegradowanym przez biochemiczną kastrację społeczeństwie to roboty stają się godnym dziedzicem człowieczeństwa. Podobnie w opowiadaniu Roberta Sheckleya Bitwa („Fantastyka” 8/1988) roboty za nas walczą w Armagedonie, bo ludzie się lenią i tchórzą. Więc to roboty w nagrodę idą do nieba. Zostają zbawione, a człowiek nie.

A czy ta wyższość robotów nad człowiekiem została gdzieś ukazana przez innych autorów poza Lemem?

W filmie Ridleya Scotta (Blade Runner, u nas Łowca androidów) trochę zmieniającym wymowę powieści Dicka Czy androidy śnią o elektrycznych owcach, robot ułaskawia człowieka, który chciał go zabić. Wybacza mu, udowadniając w ten sposób, że jest jego bliźnim, dorównuje nam w tym, co najszlachetniejsze w człowieku. Bez umiarkowania wywyższają się nad człowieka roboty Asimova (Pozytronowy detektyw), ale to nie moja bajka. Pewnie w jakimś sensie transhumanistyczny jest Pinokio Carla Collodiego – ta lalka chłopiec stara się być grzeczna, więc zostaje człowiekiem, ale to przede wszystkim metafora kłopotów autora, który wpadał w alkoholowe ciągi i się z nich podnosił. W filmie Spielberga A.I. Sztuczna inteligencja, też występuje motyw Pinokia – i ta dobra Wróżka, która dla młodego androida jest rodzajem Boga. Tam mamy takie piękne zdanie: ludzie nienawidzą nas za to, że to my zobaczymy koniec świata. Czuć w tym wszystkim tonację trochę religijną, tylko feministki próbują temu zaprzeczyć. W sieci można znaleźć tłumaczenie tzw. Manifestu cyborga Donny Haraway. Ona tam pisze: nie mamy przeszłości, nie mamy przyszłości, nie mamy płci, nie mamy ojca… To feministyczna perspektywa, dla nich to strasznie ważne, żeby zerwać społeczne, płciowe, kulturowe cumy… W każdym razie ten cyborg może być używany do różnych rzeczy: żeby nas upokorzyć, żeby nam postawić przed oczyma jakiś wyższy cel, żeby nas przestraszyć, żeby nas wyjąć z naszej skóry, otrzepać z dziedzictwa i powinności. Bywa to trochę przerażające.

W transhumanizmie pojawiają się również wątki polityczne. Okazuje się, że wyzucie się z kajdan człowieczeństwa wcale nie czyni człowieka istotą wolną od polityki. Często to właśnie polityka determinuje rozwój technologiczny. U Dukaja w Perfekcyjnej niedoskonałości pod maską demokracji czai się feudalizm…

To już było u Dicka w Słonecznej loterii, gdzie się fałszuje wyniki uzyskiwane za sprawą rozstrojenia mechanizmu głosowania tzw. butelką i przejęcia nad nim kontroli. Techniki demokratyczne zawsze można zmanipulować, a prawa wielkich liczba i fraktalna, a nie stochastyczna (kojarząca się z ruchami Browna), natura rzeczywistości sprawia, że zawsze można ją w odpowiednim miejscu nachylić, przycisnąć, wygiąć, by uzyskać pożądane wyniki. Specjalizują się w tym banksterzy, dobroczyńcy w rodzaju Sorosa i agencje ratingowe. O tym są też po trosze Czarne oceany Dukaja; z kolei u Lema w Śledztwie, w Katarze te oddziaływania i ich konsekwencje długo bywają nieprzeniknione i zupełnie nieoczekiwane. Jak to jest, że w Rzymie umierają przeziębieni mężczyźni, a z podlondyńskich kostnic giną zwłoki?

Dzieła transhumanistów pisane są na poważnie czy to raczej pewna zabawa?

Bajki robotów (1964) Lema nie są transhumanistyczne, bo to zabawa literacka. Jest cięcie między rzeczywistością a cudowną wizją; odrealnione obrazki Daniela Mroza nie pozostawiają co do tego żadnych wątpliwości. Pisarz i rysownik igrają robotyczną wizją przyszłości, ironizują ją. Inaczej jest nawet na poziomie języka w prozie u Dukaja czy powieści Cezarego Zbierzchowskiego (Holocaust F), oni traktują serio transhumanistyczne proroctwa, w każdym razie wymyślają dla nich literackie ekwiwalenty. Jeśli przyjąć te ideologiczne i technologicznie założenia, które podsuwa Kurzweil, że ta technologia będzie się rozwijać i w końcu przeniesienie tego bogactwa, jakie jest w ludzkiej głowie, do maszyny czy do superkomputera, którym uczynimy kosmos, będzie możliwe. To są zabawy, nie chcę powiedzieć, że bezpłodne artystycznie, bo to, co robi Dukaj w Królu Bólu, Perfekcyjnej Niedoskonałości i Czarnych oceanach jest ciekawe, ale jednocześnie nieznośne. Czytając Czarne oceany Dukaja, widzę człowieka, który mierzy się z czymś wielkim, z czymś, czemu musi sprostać i przed czym się broni. Marek Oramus mówił o tym w „Nowej Fantastyce” – Dukaj przepisuje człowieka na wyższe technologie. Porywa mnie ten upór, ta wizja, ta determinacja. Ludzie wkapturzają się w cudzą (tzw. proxów) powierzchowność i tak ćwiczą seks, miłość, politykę, spiski. Kreatorzy tworzą im idee, trendy, pasje. Najlepsi zachowują wiedzę naukową, gatunkową, historyczną, filozoficzną, estetyczną. Dokonują interwencji na swoim ciele i mózgu, by żyć w PLEJU. Chyba że pozostaną wyrzutkami na etapie gleju (gnoju). Tymi zajmą się marksiści kreacjoniści. Nawet nie będą ich nawracać na swoją wiarę i praxis – mają taki pomysł na wystruganie nowego człowieka, że trzeba tylko rozpętać terror i przetrącić ludzkości genetyczny kark, a potem potoczy się samo we właściwą stronę. Człowiek ze zgejdżowanym, z przerobionym mózgiem, może wyjść z siebie (genetycznie, wszczepowo, chemicznie, ideologicznie, płciowo) i sięgnąć, po co zechce. Dukaj, w okruchach, strzępach, jest dobrym malarzem tego szaleństwa. Wszystko u niego jest spiskiem i kontrspiskiem, rozkoszą i cierpieniem. Możliwe są – po wielokroć – każdy raj i każde piekło. Trochę tak jest u Cezarego Zbierzchowskiego w Holocauście F, swoistej transhumanistycznej space operze, gdzie człowiek zabijany, rekonstruowany, przenosi się z ciała do ciała i mieszają się w nim różne osobowości? To jest ekstatyczne, imponujące, wkurzające i od pewnego momentu zaczyna być nudne.

Rozmawiali Mateusz K. Dziób i Łukasz Kucharczyk

Przeczytałeś właśnie 30% treści artykułu. Chcij więcej! Całość jest dostępna w 78 nr kwartalnika „Fronda Lux”. Zobacz  SPIS TREŚCI. Numer pisma można kupić  TUTAJ.