mrowczan

Marcin Herman: Słowiańska katastrofa kosmiczna

Do roku 2024 uprawy warzyw w moskiewskich parkach staną się tak powszechne, jak były we wczesnych latach 90. XX wieku – to najnowsza prognoza rosyjskiego finansisty Andrieja Mrowczana. Mrowczan prognozuje także zapaść rosyjskiej gospodarki, oddanie Krymu Ukrainie, wzrost przestępczości, faktyczną utratę na rzecz Chin Syberii i Dalekiego Wschodu oraz rozpad Rosji na części zintegrowane i niezintegrowane z Europą.

Nas najbardziej tu interesuje ta część prognozy, w której zawarta jest wizja powrotu do gospodarki naturalnej nawet w ogromnej, nowoczesnej Moskwie, a więc wizja przyrody, która wdziera się do miast. Jest ona bowiem głęboko zakorzenionym lękiem, a może nawet nadzieją, obecną w kulturze i podświadomości zbiorowej od dawna. Nie tylko Rosjan, ale wszystkich Słowian wschodnich oraz do pewnego stopnia Polaków z Kresów. Jest to spowodowane i uzasadnione historią, warunkami naturalnymi i wciąż niezadowalającym poziomem rozwoju i urbanizacji, nawet w „złotych czasach”.

Andriej Lewicki, ukraiński pisarz, twórca literatury z pogranicza fantasy i science fiction, w wydanej niedawno w Polsce, swojej najnowszej książce Survarium przedstawia świat po apokaliptycznej katastrofie porośnięty wielkim Lasem (koniecznie z wielkiej litery). Las ten bywa wrogi, bywa przyjazny wobec człowieka, ale jedno jest pewne – pozostaje bytem myślącym i osobowym, metafizyczną personifikacją natury. Jakże dalekie to od katastroficznych wizji rodem z amerykańskiej literatury czy filmu, gdy świat po Zagładzie to albo stan śmierci natury i cywilizacji (np. film Ostatni brzeg czy powieść Cormacka McCarthy’ego Droga), albo zdeformowane i ledwo tlące się natura i cywilizacja (Mad Max).

Survarium to także gra komputerowa online, gdyż Lewicki jest również twórcą scenariuszy do gier. Wcześniej jeszcze zasłynął jako twórca scenariusza do gry S.T.A.L.K.E.R. Cień Czarnobyla. Jak sam mówi, o tym, że pomagał przy tworzeniu gry autorstwa kijowskiego studia GSC Game World, zadecydował przypadek, ale nie da się zaprzeczyć, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Otóż jego babcia mieszkała w pobliżu elektrowni atomowej w Czarnobylu. Gdy doszło do katastrofy, miał 15 lat. Jako dorosły człowiek pisarz odwiedzał „Zonę”, strefę w promieniu kilkudziesięciu kilometrów wokół zniszczonej elektrowni, gdzie teoretycznie nie powinien przebywać żaden nieuprawniony człowiek. Obserwował, dokumentował, inspirował się obrazami opuszczonych wiosek i miasta Prypeć, zbudowanego od podstaw dla pracowników elektrowni, wzorcowego przykładu nowego miasta sowieckiego zamieszkanego przez nowego człowieka. Spośród zainstalowanych tam udogodnień warto wymienić na przykład przedszkola, w których dzieci można było zostawić na cały tydzień pracy.

Zamieszkali tam ludzie sowieccy z całego Sojuza. Co ciekawe, Prypeć otoczony był poleskimi lasami i błotami zamieszkanymi w większości przez miejscowych Poleszuków, którzy zachowali jeszcze swoje tradycje i poczucie odrębności.

Obu tych światów już nie ma.

Jak mówi Lewicki, ani fotografia, ani film, ani literatura nie oddadzą wrażenia, jakie wywołuje obserwacja z bliska miejsc opuszczonych przez człowieka, które są z powrotem zagarniane przez przyrodę. Na przykład domów, z których wyrastają drzewa.

Zona” nie stała się bowiem miejscem jałowym, skażoną atomową pustką – wprost przeciwnie. Przyroda jakby nie zważała na ludzkie przeświadczenie, że katastrofa ekologiczna oznacza zagładę natury. Z apokaliptycznej katastrofy wyrósł Las, jak się okazało po latach, dużo mniej, niż się spodziewano, zdeformowany przez promieniowanie. Dziś tylko kłopoty państwa ukraińskiego sprawiają, że cywilizacja tam nie powraca. Postsowiecka zapaść instytucjonalna okazuje się zjawiskiem trwalszym niż bezpośrednie skutki atomowej katastrofy.

Każdy, nie tylko miłośnik fantastyki, wie, że wszystko to było przewidziane w sowieckiej literaturze i w kinie. Chodzi oczywiście o powieść Piknik na skraju drogi braci Strugackich (1971) i powstały jakoby na jej podstawie film Stalker Andrieja Tarkowskiego (1979). Jakoby, gdyż jak pisał Stanisław Lem przy okazji żalów na adaptację z kolei jego książki Solaris przez Tarkowskiego, Tarkowski zrealizował Stalkera na podstawie Pikniku na skraju drogi i zrobił z niego taki pasztet, którego co prawda nikt nie rozumie, ale jest on w sam raz smutny i ponury.

Jak wiedzą czytelnicy, „zona” to tzw. strefa lądowania, to teren, który niegdyś nawiedzili kosmici. Nie wiadomo, na jakiej zasadzie, czy na chwilę, pozostawiając śmieci, czy coś tam zbudowali i na tajemniczym obszarze leżą pozostałości wspaniałej niegdyś cywilizacji. Tytułowi stalkerzy to przewodnicy, którzy zarówno znają luki w systemie ochrony strefy lądowania, jak i wiedzą, jak obejść niezwykłe i niewyjaśnione zagrożenia, które czają się w samej strefie – paranormalne i groźne zjawiska, mutanty… Wynoszą ze strefy różne przedmioty pozostawione jakoby przez kosmitów i zarabiają na tym, gdyż ludzie na całym świecie gotowi są za nie sporo zapłacić (np. za baterię, która jest niewyczerpywalna).

W filmie Tarkowskiego wyeksponowany jest z kolei wątek egzystencjalnych poszukiwań, smutni ludzie, którzy korzystają z usług stalkera (rosyjscy inteligenci, można powiedzieć, Pisarz i Profesor) chcą znaleźć komnatę spełniającą marzenia.

Niezależnie, do kogo bardziej przemawia wizja Strugackich, czy Tarkowskiego, jest ewidentne, że to nie czysta fantastyka, lecz, jak się okazało, raczej opis rzeczywistości, która miała nadejść. „Zona” wokół Czarnobyla jest najlepszym skansenem komunistycznej cywilizacji technicznej (która, kto wie, może rzeczywiście przyleciała z kosmosu), można tam znaleźć, przemycić i dobrze sprzedać na Zachodzie różne przedmioty. „Zonę” od lat odwiedzają chętnie także dziennikarze i ekstremalni turyści z Zachodu i Wschodu. Można nawet za stosowną opłatą spędzić noc w którymś z opuszczonych mieszkań Prypeci. Czego szukają ci ludzie? Ciekawych tematów, wrażeń czy, podobnie jak wspomniani Pisarz i Profesor z filmu Tarkowskiego, spełnienia marzeń i odpowiedzi na najważniejsze pytania?

Oczywiście, podobnie jak w powieści i filmie, czarnobylską „zonę” porasta las, czy raczej Las. A las miał ogromne znaczenie w słowiańskim rozumieniu świata. Był to obszar pierwotnie tajemniczy i groźny.

W wyobrażeniach o lesie, drzewach, krzewach i tych związanych z dzikimi zwierzętami, przetrwało wiele elementów dawnej kultury słowiańskiej, której korzenie godzi się przypominać. Mimo ubóstwa źródeł na temat mitologii dawnych Słowian, można wysnuć pewne wnioski, co do leśnych źródeł wierzeń w czasach przedchrześcijańskich. Spotykane wówczas w mitologicznej świadomości: mamuny, didki czy skrzaty pochodziły właśnie z lasu. Nawet pierwotna siedziba Swarożyca, za którą uważano wysokie drzewa, kazała stawiać temu bogu w obrębie osad ludzkich pomniki na wysokim, imitującym drzewo cokole […] Bogate były też ludowe wyobrażenia związane z siłami nieczystymi łączonymi z lasem, które przetrwały niemal do naszych czasów. Można tu podać wyrywkowo za Oskarem Kolbergiem kilka przykładów. […] Szczególna była na przykład rola Propastnyka, czyli ducha Złego, który w rozmaity sposób prześladował ludzi. […] Wierzono jednak, że moc Propastnyka ustaje wobec ludzi dobrych – tym nic zaszkodzić nie mógł. Za to między złymi przebywał często najgorszych spośród nich sobie na służbę wybierał. Ludzie w tejże służbie pozostający to Upiory, zwane też Upirzami […]. Mikołaj Rej z Nagłowic wręcz przestrzega, by nie błądzić „bez rozumu w lesie”, tenże poeta jest też autorem przenośni „być w lesie”, tzn. stracić orientację, pogubić się, mieć pracę nierozpoczętą. Las sam w sobie stanowił niegdyś wielkie zagrożenie, sprawiał też wrażenie posępne i tajemnicze. […] właśnie las był ową zamkniętą przestrzenią kulturową, gdzie lokowano wszystko co „dzikie”, w odróżnieniu od tego, co „między ludźmi” było nie do zaakceptowania. Echa tej postawy słychać jeszcze w powiedzeniu „nie jesteś w lesie”, sugerującym, że niektóre zachowania mogą uchodzić, pod warunkiem, że mają miejsce w lesie (dr inż. Edward Marszałek, Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Krośnie, fragment referatu Las i drzewa w kulturze i wierzeniach wygłoszonego podczas panelu ekspertów „Lasy i gospodarka leśna w kulturze i dziedzictwie narodowym”, zorganizowanego w ramach Narodowego Programu Leśnego).

Można było jednak, jak stalker, znać się na lesie i wydobyć z niego to, co potrzebne do życia. Nawiązać kontakt ze Swarożycem, leśnymi wiedźmami czy szeptuchami (do dziś żyjącymi i działającymi zresztą na białoruskim Polesiu) i uzyskać jakąś potrzebną informację, przepowiednię, życiodajny lek itd. Na płaszczyźnie bardziej przyziemnej, te mity można zrozumieć tak: las to naprawdę było dla Słowian miejsce groźne, pełne dzikich zwierząt, zbójów, gdzie można było się też zwyczajnie zagubić i nigdy nie wrócić do domu. Ale dawał też życie, mięso dzikich zwierząt, owoce leśne, zdrowie w postaci leczniczych ziół. Był wreszcie miejscem inicjacji. Tyle, że do tego trzeba było znać dobrze las, i być przez jego mieszkańców co najmniej tolerowanym. Być myśliwym, przewodnikiem, właścicielem tratwy, którą za odpowiednią opłatą podróżnik mógł się przeprawić na drugi brzeg… Trzeba było być takim stalkerem. I nie każdy mógł nim zostać.

Z czasem na ziemiach polskich las jednak był traktowany coraz łaskawiej i uważany za coraz bardziej przyjazny. Miało na to wpływ rosnące zaludnienie, zdobycze cywilizacji, zakorzenianie się chrześcijaństwa, które likwidowało lęk przed przyrodą. Współcześnie w Polsce las kojarzony jest raczej jako miejsce schronienia (o powstańcach styczniowych, żołnierzach AK, WiN czy NSZ wszyscy wiedzą, ale mało kto wie dziś, że jeszcze w stanie wojennym niektórzy działacze Solidarności ukrywali się w lesie, najbardziej znany z tych „leśnych ludzi” to Bogdan Borusewicz), wypoczynku, przynoszące różne korzyści polskiej gospodarce, las równa się życie po prostu.

Im bardziej na wschód, tym cywilizacja i chrześcijaństwo są bardziej rozrzedzone, nie tyle z powodu jakiejś szczególnej predyspozycji do zacofania tamtejszej ludności, ale warunków naturalnych. Kolejne państwa ogromnym wysiłkiem próbowały czynić sobie przyrodę poddaną, ale do kolonizacji był gigantycznym obszar. Zmagania z przyrodą, z lasem wyznaczały i legitymizowały kolejne fazy rozwoju czy upadku państw. Do dziś sztandarowym dokonaniem carskiej Rosji jest zbudowana u schyłku jej istnienia kolej transsyberyjska, zresztą przy dużym udziale Polaków. Generalnie, polscy zesłańcy, urzędnicy czy żołnierze w służbie carskiej odegrali kluczową rolę w kolonizacji Syberii, a polscy przyrodnicy, geografowie i odkrywcy w zdobyciu wiedzy o Syberii.

Kolonizacja Syberii udała się jednak jedynie częściowo. Fiaskiem zaś zakończyła się kolonizacja Alaski, którą, jak wiemy, Rosjanie za drobną opłatą sprzedali Amerykanom.

Komunizm w walce z przyrodą posunął się najdalej, posługując się niewolniczą pracą i zbrodnią. Łagry czy ludobójcza kolektywizacja wsi częściowo podyktowane były przecież dążeniem do opanowania przyrody. Po okresie wielkiego terroru też z tego nie rezygnowano. Nie dotyczy to, co prawda, lasu, lecz stepu, ale warto w tym miejscu wspomnieć najbardziej imponujące dokonanie sowieckiej inżynierii – praktyczne wysuszenie Morza Aralskiego na potrzeby upraw bawełny w Kazachstanie i Uzbekistanie.

A jednocześnie pierwotny ludowy lęk przed lasem jako miejscem, gdzie dzieją się rzeczy straszne, powrócił w postaci grozy, jaką budziły i budzą do dziś takie lasy, jak katyński czy Kuropaty. Tak jakby nowe demony leśne z NKWD wypierały stare. Tu pojawia się znowu wątek polski – las porasta pozostałości opuszczonych polskich dworów, zaścianków, które dostały się pod władzę państwa sowieckiego, wiosek polskich na Wołyniu, których mieszkańców wymordowała UPA. Las rośnie na doczesnych szczątkach polskiej elity zamordowanej w Katyniu czy Miednoje. Z drugiej strony las zarósł łemkowskie wioski w Bieszczadach, których mieszkańcy zostali wysiedleni w głąb Polski w ramach akcji „Wisła”. W ten sposób zaczęła się powojenna legenda Bieszczad jako najdzikszego, najpiękniejszego miejsca w Polsce.

Katastrofa ZSRS i współczesna faktyczna deindustrializacja Rosji i innych krajów posowieckich (jeśli nie liczyć rosyjskiego czy środkowoazjatyckiego przemysłu wydobywczego) stały się po latach faktem. Wciąż ogromne połacie państwa rosyjskiego porasta tajga. Ale nie ma lepszego symbolu i metafory tego, co się stało i wciąż dzieje na obszarze byłego ZSRS, co Czarnobyl.

Katastrofę, do której doszło w kwietniu 1986 roku (z winy raczej ludzi niż zacofanej techniki), oraz jej następstwa antycypuje jeszcze wcześniejsze niż dzieła Tarkowskiego i Strugackich i jeszcze popularniejsze dzieło światowej literatury.

I trzeci anioł zatrąbił:
i spadła z nieba wielka gwiazda, płonąca jak pochodnia,
a spadła na trzecią część rzek i na źródła wód.
A imię gwiazdy zowie się Piołun.
I trzecia część wód stała się piołunem,
i wielu ludzi pomarło od wód, bo stały się gorzkie
.

czytamy w Piśmie Świętym, w Apokalipsie według świętego Jana, 8, 11

Piołun to po ukraińsku Czarnobyl.

To słowo [Czarnobyl] rzeczywiście znaczy „piołun”. Więc niektórzy stwierdzili: Patrzcie, sprawdziło się dokładnie. Był nawet jeden naukowiec, niemiecki fizyk, który napisał książkę mówiącą o tym, do jakiego stopnia Apokalipsa realizuje się na naszych oczach. Niektórzy uczeni zajęli wobec jego książki bardzo krytyczne stanowisko, ale trzeba przyznać, że ten świecki człowiek, katolik, potrafił umiejętnie połączyć pewne fakty. Wolno myśleć tak jak on, ale Kościół się w tej kwestii nie wypowiedział. Moim zdaniem, trzeba zgrabnie połączyć jedno i drugie. Apokalipsa to opisana w symbolicznej szacie rzeczywistość duchowa – powiedział spytany o to przez portal Opoka o. Augustyn Jankowski, benedyktyn z Tyńca, biblista, profesor Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, redaktor naukowy Biblii Tysiąclecia.

Jan Paweł II w swojej ostatniej książce Pamięć i tożsamość nazywa komunizm jedną z dwóch XX-wiecznych „ideologii zła”. A skoro papież mówi o złu, to wiadomo, że chodzi o to, że takiej ideologii zła przypisuje demoniczne inspiracje.

W tym religijno-historycznym rozumieniu upadek gwiazdy Czarnobyl wygląda rzeczywiście jak efekt działania Anioła Zagłady. W tym rozumieniu także to nie kosmici pozostawili resztki swojej cywilizacji w „zonie”, lecz system mający demoniczny charakter. W sumie też pochodzenia pozaludzkiego.

Wróćmy jednak do samego Czarnobyla.

I wielu ludzi pomarło od wód, bo stały się gorzkie… – czytamy w Apokalipsie według świętego Jana. Niemal 30 lat po tamtej katastrofie nie ma zgody wśród uczonych, w jakiej skali tragiczne żniwo po sobie pozostawiła. Zależy, kto liczy – czy na przykład zwolennicy, czy przeciwnicy energii atomowej. Wspólny raport Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, Światowej Organizacji Zdrowia, UNDP oraz innych agend ONZ, rządów Ukrainy, Rosji i Białorusi stwierdza, że u 134 ludzi biorących udział w likwidowaniu skutków awarii i akcji ratowniczej stwierdzono ostrą chorobę popromienną (w różnych etapach brało udział w tych operacjach około 600 tysięcy ludzi). 28 osób zmarło wkrótce, a 19 kolejnych do 2004 roku. Około 600 tysięcy osób na świecie narażonych zostało na podwyższoną dawkę promieniowania. Na razie wśród populacji zamieszkałej w okolicach miejsca awarii w momencie, gdy do niej doszło, stwierdzono jedynie wyraźny wzrost zachorowań na raka tarczycy (4000 przypadków). Podobno wbrew medialnym szokującym doniesieniom nie zanotowano wzrostu liczby uszkodzeń płodu. Największym problemem jest epidemia schorzeń, zaburzeń psychicznych i patologii społecznych związanych z wysiedleniem, lękiem przed katastrofą atomową i lękami socjalnymi (depresje, alkoholizm, nerwice, rozpad rodziny, przestępczość).

Europejska Partia Zielonych kwestionuje te wyliczenia, twierdząc, że stoi za nimi lobby atomowe. Z kolei organizacja Lekarze przeciwko Wojnie Nuklearnej wylicza przypadki popromiennego raka tarczycy na 10 tysięcy i alarmuje, że może być ich jeszcze 50 tysięcy. Według ich raportu 10 tysięcy przypadków deformacji płodu i śmierci niemowląt spowodowanych było promieniowaniem radioaktywnym. Natomiast Związek Czarnobyla, stowarzyszenie zrzeszające osoby, które pracowały przy akcji ratowniczej i likwidacji skutków katastrofy, i walczące o prawa tych osób podaje, że zmarło już około 60 tysięcy osób biorących w udział w tych akcjach, czyli około 10%, a 165 tysięcy jest niepełnosprawnych.

Rozbieżności w podawanych danych są więc ogromne. Tak czy inaczej, urzędowy status osoby poszkodowanej w wyniku katastrofy w Czarnobylu mają 2 miliony dorosłych i milion dzieci. Odszkodowania z różnych powodów, dodając do tych zdrowotnych także socjalne (rekompensata za wysiedlenie, wyłączenie z użytkowania gruntów rolnych), pobiera w Rosji, Ukrainie i na Białorusi w sumie około 7 milionów osób.

Łącznie „zona” (a właściwie „zony”) objęła obszar ponad prawie 4,8 tysiąca kilometrów kwadratowych. Na obszarze tym zaobserwowano wzrost liczby najpierw gryzoni, a potem innych dzikich zwierząt. W sumie liczebność zwierząt zamieszkujących te tereny zwiększyła się kilkunastokrotnie. Co do przyrodniczych mutantów, odkryto tylko nowy gatunek grzybów, wewnątrz samego sarkofagu, jakim zakryto uszkodzony reaktor.

Nie ma wątpliwości, że katastrofa w Czarnobylu przyspieszyła koniec komunizmu. Wszak niemal wszystkie „fronty ludowe” tworzone w sowieckich republikach mniej lub bardziej spontanicznie na fali pieriestrojki, które potem stały się istotnym czynnikiem rozpadu ZSRS, miały w programie hasła ekologiczne i antyatomowe. Jedne z pierwszych partii politycznych w krajach bałtyckich, na Białorusi i Ukrainie to były różne odmiany „zielonych”.

W latach 90. zwłaszcza na Ukrainie i Białorusi doszło do eksplozji różnego rodzaju duchowości, co można wiązać również z czarnobylską traumą. Zaszły zjawiska takie jak odrodzenie Cerkwi, wzrost popularności różnych protestanckich denominacji krzewionych przez misjonarzy zwłaszcza z USA (zielonoświątkowcy, mormoni, baptyści itd.), odbudowa Kościoła katolickiego, popularność sekt, wśród których najpopularniejsze było newage’owo-apokaliptyczne Białe Bractwo. Wzrosły też wpływy rodzimych zwyczajów z pogranicza słowiańskiego pogaństwa i prawosławia.

Jak to wygląda dziś? Jak piszą Alina i Jacek Łęscy w książce Pokochać Ukrainę (Wydawnictwo Wielka Litera, 2014), Ukraińska prasa jest pełna ogłoszeń o różnych cudownych uzdrowicielach, wróżkach, bioenergoterapeutach. Wątki związane z przesądami znajdują się także w materiałach czysto politycznych. Oto w czasie inauguracji prezydenta dziennikarze pilnie obserwują „znaki” towarzyszące temu wydarzeniu. I tak komentowano szeroko przypadek Janukowycza, któremu kiedy szedł na zaprzysiężenie, przed nosem zamknęły się drzwi do parlamentu. Wcześniej Kuczma nie miał co zrobić z buławą hetmańską, którą wręczono mu w czasie pierwszej inauguracji, więc oddał ją z powrotem asystującemu w inauguracji żołnierzowi. Komentowano to jako gest nieprzyjęcia władzy. O tyle niesłusznie, że to jedyny prezydent, który pełnił urząd kolejną kadencję.

W czasie ostatniej inauguracji Petra Poroszenki również miał miejsce niezwykły znak. Kiedy prezydent elekt przechodził obok jednego z żołnierzy kompanii honorowej, 20-letni Aleksander Sikało zemdlał, osunął się na ziemię i wypuścił karabin z dłoni. Żołnierz dostał udaru słonecznego, jednak powszechne komentarze koncentrowały się na tajemnym znaczeniu incydentu. Wydarzeniu temu stołeczne wydanie „Komsomolskiej Prawdy” poświęciło następnego dnia czołówkę pod tytułem Tajne znaki inauguracji Poroszenki oraz całą trzecią stronę. Przedstawiono dwie interpretacje „znaku z góry” – jedną optymistyczną: wojna na Wschodzie szybko się zakończy, a żołnierze rzucą broń na ziemię, i drugą pesymistyczną: upadający żołnierz oznacza porażkę armii. Interpretacje optymistyczne jednak przeważały. Co więcej, okazało się, że według gazety znaków było więcej. W dzień inauguracji […] siedemsetletni dąb na wyspie Hortyca wypuścił nowy pęd. Eksperci widzą w tym dobry znak.

Trudno w to uwierzyć, ale właśnie w dniu krymskiego referendum zaporożskiemu gigantowi obłamała się gruba gałąź – mówi szef organizacji Międzynarodowa Federacja „Ratownik” Aleksander Prytuła. – A 7 czerwca, w dzień inauguracji pojawił się nowy pęd. Wierzymy, że to dobry znak.

Natomiast obecność bardziej chrześcijańskiego życia duchowego na kijowskim Majdanie w okresie rewolucji 2014 roku rzucała się w oczy każdemu tam przybywającemu lub choć oglądającemu relacje filmowe. Podobnie jak cyberpunkowe i katastroficzne artefakty towarzyszące demonstrującym i „sotnikom” walczącym z milicją i Berkutem – maski gazowe, tarcze, ochraniacze rodem z dyscyplin sportowych, dym ze spalonych opon, pokryte śniegiem, lodem i pyłem wraki wypalonych autobusów i innych pojazdów, budynków itd.

Jak pisał „Gość Niedzielny”, pod koniec lutego 2014 roku, już po tym jak obalony został Janukowycz, biskup pomocniczy katolickiej diecezji kijowsko-żytomierskiej i administrator apostolski diecezji łuckiej Stanisław Szyrokoradiuk ze sceny Majdanu mówił o wcześniejszym obaleniu pomnika Lenina w Kijowie. – Demontaż pomnika dawnego przywódcy bolszewickiego nastąpił 8 grudnia 2013 roku, gdy Kościół katolicki świętuje Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny – tłumaczył. Dodał, że w tym samym dniu w 1991 roku na mocy układu zawartego w Białowieży rozpadł się ZSRS. 

Biskup zauważył również, że początek protestów wiązał się z żądaniami zbliżenia Ukrainy do Unii Europejskiej, a na fladze UE widnieje 12 gwiazd, symbol Maryjny wymieniony w Apokalipsie według świętego Jana. Hierarcha przypomniał, że symbol dzisiejszej Unii zatwierdzono 8 grudnia 1955 r.
– Wszystkie te wydarzenia wiążą się bardzo ściśle z uroczystością Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. I sądzę, że w tym miejscu, gdzie stał pomnik Lenina, warto postawić posąg Matki Bożej. Będzie to najpiękniejszy symbol i najwspanialszy urok Ukrainy – podkreślił bp Szyrokoradiuk. Zaznaczył, że ludzie na Majdanie i w innych miejscach na Ukrainie dzień i noc modlili się do Maryi. – Wierzę, że Ona pomogła […]. My, prawosławni i katolicy, jesteśmy bardzo maryjni, czcimy Ją jako swoją Orędowniczkę.

Jak dodał dziennikarz „Gościa” Andrzej Grajewski, który jest także badaczem historii najnowszej chrześcijaństwa w Europie Środkowej i Wschodniej, w czasie rewolucji na Ukrainie obalono kilkadziesiąt pomników Lenina, a rozdano blisko 700 tysięcy różańców.

Ale w innych miejscach na Ukrainie wciąż zamiast różańców częściej można natknąć się na resztki, obiektów, totemów i mutantów sowieckiej cywilizacji, a skażenie i promieniowanie nią nadal bywa groźne. Dziś kolejna po Czarnobylu „zona” na terytorium Ukrainy to Strefa ATO (operacji antyterrorystycznej) w Donbasie. Już nie w lesie, tylko w stepie.

Podobieństwa niektórych miast Donbasu, zindustrializowanego w XX wieku, gwałtownie i często przemocą, zasiedlanego przez wykorzenionych ludzi z całego ZSRS, do miasta Prypeć, same się narzucają. Różnica taka, że w tym mieście blisko Czarnobyla żyło 50 tysięcy mieszkańców, a sam Donieck to ponadmilionowe miasto.

Jądrem Strefy ATO są oczywiście tereny kontrolowane przez tzw. separatystów. Do zewnętrznego kręgu Strefy można dostać się z zewnątrz, mając odpowiednie papiery czy znając hasła. Żeby dostać się do centrum Strefy, czyli tzw. Noworosji, z pewnością potrzeba pomocy stalkerów. Albo trzeba być samemu stalkerem.

Tekst pochodzi z kwartalnika „Fronda Lux”, nr 76.